06.06.2020
RECENZJE
IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift

EDDIE MULDER - Victory

DIAPOSITIVE - Give Me A Ride

TRANQUILLIZER 247 - Dziesięć

FIREWIND - Firewind

PARADISE LOST - Obsidian

FORCE OF PROGRESS - A Secret Place

KOMETY - Alfa Centauri

RESTLESS - Miasto Grzechu

THE BOOMTOWN RATS - Citizens Of Boomtown

KRZYSZTOF CUGOWSKI – 50/70

AUTOMB - Chaosophy

MUZOZOIC - Jazock?

NAKED ROOT - The Maze

CARNAL FORGE - Gun To Mouth Salvation

IKONODRAMA - Etched in the Spirit

THE MURDER CAPITALS - When I Have Fears

ABYSAL (THE ADAM JURCZYŃSKI PROJECT) - Return To The Live

DEPECHE MODE - Ultra

DELFINIA - Deep Elevation

ŁYDKA GRUBASA - Socjalibacja

IN2ELEMENTS - Cycles

JOHNOSSI - Torch//Flame


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - Q » Queensryche - 2011 - Dedicated to Chaos
Queensryche - 2011 - Dedicated to Chaos
queensryche1. Get Started
2. Hot Spot Junkie
3. Got It Bad
4. Around The World
5. Higher
6. Retail Therapy
7. At The Edge
8. Broken
9. Hard Times
10. Drive
11. I Believe
12. Luvnu
13. Wot We Do
14. I Take You
15. The Lie
16. Big Noize

Rok wydania: 2011
Wydawca: Roudrunner Records
http://www.queensryche.com/




Queensryche jest jednym z tych zespołów, które najbardziej mnie zawiodły (Q2K). Zarazem jest to grupa, która z każdym albumem powoduje u mnie ciche nadzieje... że może tym razem.
W końcu to autorzy O:M, czy Empire. Już droga którą obrali na Promised Land była dość kontrowersyjna. Ale wówczas album jawił się raczej jako wyciszenie po komercyjnym sukcesie płyty poprzedniej. Coś czego potrzebował zespół i w pewnym sensie zaakceptowali to fani.
Przy okazji tekstów o innym albumie zespołu chyba już naświetlałem moje wrażenia związane z wydawaniem kolejnych płyt Queensryche, więc tym razem sobie daruję. Wspomnę jednak, że siarczystym policzkiem wymierzonym w twarz fanów był dla mnie wspomniany Q2K. Później było raz lepiej raz gorzej. Teraz jest znowu gorzej.

Pierwsze wrażenie? Załamanie nerwowe. Po nijakim American Soldier liczyłem na zwyżkę formy, tymczasem pierwsze dwa utwory fundują nam powrót do najgorszych czasów w dyskografii zespołu. W tym momencie aż przestraszyłem się, że album trwa aż 70 minut!

Pewne ciekawe zjawisko następuje przy utworze Got it Bad. Sitar i orkiestracje w tle - klimatycznie przywodzą na myśl Promised Land... z tym, że nie do końca. Wokalnie niestety mizeria. Lepsze melodie pojawiają się w utworze kolejnym, jednak piosenkowe gitary, po prostu załamują.
Kilka chwil później zaskakuje kilka niezłych riffow (Retail Therapy), niestety okraszonych wszędobylskimi smaczkami brzmień niezfuzzowanych, co w efekcie zmiękcza brzmienie - i sprawia wrażenie obcowania z muzyką rockową lub alternatywną.
Ponownie wartym uwagi jest At the Edge. Który już swobodnie, tak jeśli chodzi o gitary jak i saksofon - mogę przyrównać do przestrzeni Promised Land. W podobnych klimatach obraca się również wieńczący płytę Big Noize.
Decydującym jednak czynnikiem wpływającym na ogólne wrażenie odbioru materiału, jest fakt iż w trackliście większość utworów, jest nieciekawa. Część z nich wręcz drażni nieprzywykłego do takich eksperymentów słuchacza. Boli to tym bardziej jeśli przerażająco nudny utwór ma 30 sekundowy bridge, który wybija się ponad poziom całego albumu (Drive).

Na 16-to utworowym albumie jest może 25% dobrych kompozycji. Inaczej, bo są to kompozycje rzadko dobre jako całość - raczej, utwory z lepszymi momentami.
Nie odważę się jednak nazwać tej płyty beznadziejną. Znalazło się na niej kilka pierwiastków prawdziwego Queensryche. Może raczej z okresu obejmującego Promised Land a Hear in the now Frontier (czyli schyłku świetności, a może jeszcze pewnego przyzwoitego poziomu). Całość jednak nie przekonuje. Wręcz zawodzi. Do tego stopnia, że nie jestem pewien czy będę miał ochotę do tej płyty wrócić. W moim odczuciu to album na miarę Tribe - niby nie da się go skreślić, ale w zasadzie niewiele straci ten kto przejdzie obojętnie.
Oczywiście najbardziej zawiedzeni będą fani zespołu, którzy liczyli na killer na miarę O:M czy Empire. Ja wprawdzie aż takich wymagający nie byłem, ale liczyłem, że będzie to album co najmniej dobry. I przeliczyłem się. Znowu.
Płyta jest słaba. Ale czy górna granica oceny słabej w naszej skali coś zmieni? Chyba tyle, że poprze moje powyższe wywody.

3/10

Piotr Spyra
Komentarze