12.07.2020
RECENZJE
DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - B » Battle Beast - 2015 - Unholy Savior
Battle Beast - 2015 - Unholy Savior
Battle Beast
1. Lionheart
2. Unholy Savior
3. I Want The World… And Everything In It
4. Madness
5. Sea Of Dreams
6. Speed And Danger
7. Touch In The Night
8. The Black Swordsman
9. Hero’s Quest
10. Far Far Away
11. Angel Cry
12. Push It To The Limit (bonus track)

Rok wydania: 2015
Wydawca: Nuclear Blast Records
http://www.battlebeast.fi/




Z muzyką pochodzącego z Finlandii zespołu Battle Beast zetknąłem się w roku 2013, kiedy zachęcony RockAreową recenzją (do odnalezienia - TUTAJ), nabyłem album „Battle Beast”. Nie zawiodłem się – kawał porządnego, rockowego grania. Z tym większą niecierpliwością czekałem na następny album. I oto jest – wydany w 2015 roku „Unholy Savior”. Płyta ląduje w odtwarzaczu i… hm, killerów na miarę „Let It Roar”, „Out of Control” czy „Black Ninja” brak.

Zaczyna się od dwóch średniaków (jak na Battle Beast) – „Lionheart” i „Unholy Savior”. Ok, pierwsze koty za płoty.
Następny kawałek - "I Want The World… And Everything In It" – jest lepiej, jakby trochę popracować nad refrenem, mógłby być hicior.
Kolejny „Madness” – kojarzy mi się nieodparcie z Running Wild, nawet skandowanie trochę Rock’n’Rolfowe. Ale źle nie jest… Na razie średnio, czekamy na hity.
I tu pierwszy zgrzyt – pierwsza(!) ballada - "Sea Of Dreams". Taaak, pani Noora Louhimo gardło ma jak papier ścierny, wydrzeć się umie wybornie, ale w balladach idzie jej - powiedzmy średnio. Dopiero jak krzyknie pod koniec – widać jak można byłoby zrobić z tego kawałka naprawdę dobry numer. Kolej na jeden z lepszych numerów na płycie „Speed And Danger” – jest tempo, jest refren – taki Battle Beast to ja rozumiem.
Nieuchronnie dochodzimy do kawałka, przy którym wyjąłem płytę z odtwarzacza, żeby sprawdzić czy mi jej krasnoludki nie podmieniły. "Touch In The Night"… Jakbym się w czasie cofnął do czasów liceum – takie kawałki latały wtedy na szkolnych imprezach. Klawisze, plastikowe bębny, brzmienie muśnięte z daleka gitarą – jakbym Sandrę albo Samanthę Fox słyszał. Po prostu – ejtisowa dyskoteka!!!
Czas na kolejną balladę – tym razem "The Black Swordsman". Króciutką, toteż krótko – lepsza niż „Sea of Dreams”.
Po niej nadchodzi instrumentalny "Hero’s Quest". Całkiem przyjemny, z wiodącą rolą i skocznym motywem klawiszy. Ale jak dla mnie to on się nadaję na stronę B jakiegoś singla, a nie na regularną płytę.
Z „Far Far Away” mam problem – zagrywka gitary prawie identyczna jak wstęp do „2 Minutes To Midnight” Iron Maiden. I choć utwór przyjemny, ci Maideni cały czas huczą w głowie.
Na koniec płyty – trzecia (!) już ballada - "Angel Cry”. Jak dla mnie średniak.
W limitowanej wersji płytę kończy kawałek „Push It To The Limit”. O, zespół się ocknął i próbuje doskoczyć repertuarowo poprzedniej płyty? A nie, to cover. Na tle całej płyty – wybijający się.

Czas na podsumowanie – srodze mnie ta płyta rozczarowała. Miałkie kompozycje, niepasujące do stylu zespołu ballady, sięgnięcie do popu... Brak też na płycie mięsistych gitar, ale o tym potem. Po pierwszym przesłuchaniu myślałem nawet, że dam 2/10, ale aż tak źle nie jest. Co prawda – dobrze też nie! Kompozycyjnie zespół zgubił ducha poprzednich płyt, serwuje jakieś wypełniacze (klawiszowe dyrdymałki, aż trzy ballady, podczas gdy na poprzedniej płycie – 0. Tak, zero!!!). No i ten nieszczęsny "Touch In The Night" – katastrofa.

Być może na takiej a nie innej zawartości płyty zaważyły tarcia wewnątrz zespołu. Otóż już po nagraniu „Unholy Savior” główny kompozytor i producent, a także gitarzysta, Anton Kabanen został wyrzucony z zespołu. Z powodu „nierozwiązywalnych różnic i muzycznych niezgodności”. Być może dlatego gitary na płycie są potraktowane po macoszemu, a cały „Unholy Savior” sprawia wrażenie niedopracowanego, skleconego na chybcika? Czy brak Kabanena posłuży zespołowi czy nie, czy skręcą w stronę twardszego metalu czy ejtisowego popu – zobaczymy na następnej płycie. Bo że taka powstanie, jestem spokojny. Głos pani Noory Louhimo to skarb, którego grzech nie wykorzystać.

Reasumując – moja ocena to 5/10. Z nadzieją że będzie lepiej.

5/10

Staruch

PS. Ze zdumieniem stwierdziłem, że „Unholy Savior” sprzedaje się lepiej niż „Battle Beast”. Czy mój gust muzyczny całkiem już zardzewiał?
Komentarze