24.02.2020
RECENZJE
OZZY OSBOURNE - Ordinary Man


BLIND EGO - Preaching To The Choir

SBB - Follow My Dream

BESIDES - Bystanders

GREEN DAY - Father of All Motherfuckers

SERIOUS BLACK - Suite 226

THY DISEASE - Transhumanism

SOSNOWSKI – The Hand Luggage Studio

HALFORD - Resurrection

YENISEI - The Last Cruise

ORGANIC NOISES - Organic Noises

ATERRA - Utopia

ANNIHILATOR - Ballistic, Sadistic

BLIND GUARDIAN TWILIGHT ORCHESTRA - Legacy Of The Dark Lands

CAREN COLTRANE CRUSADE - Potwór

NO SEASON - Highwires

MULK - I

APOCALYPTICA - Cell-0

MANIFEST - ...and For This We Should Be Damned?

HATEFUL FIVE - Winny

GOLDEN EARRING – Live

SLIPKNOT - We Are Not Your Kind

THE BROKEN BRIDGES - Endless Road

SLIPKNOT - .5: The Gray Chapter

BABYMETAL - Metal Galaxy

CRAYON PHASE - Two Hundred Pages

CROBOT - Motherbrain

TWILIGHT FORCE - Dawn Of The Dragonstar

ŁUKASZ DRAPAŁA & CHEVY - Potwory


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - O » October Tide - 2016 - Winged Waltz
October Tide - 2016 - Winged Waltz

OCTOBER TIDE - Winged Waltz


October Tide - 2016 - Winged Waltz

1. Swarm
2. Sleepless Sun
3. Reckless Abandon
4. A Question Ignite
5. Nursed By The Cold
6. Lost In Rapture
7. Perilous
8. Coffins Of November

Rok wydania: 2016
Wydawca: Agonia Records
http://octobertide.net/




Mimo, że mamy już grudzień (w zasadzie nawet jego koniec), to za oknami wciąż dominuje jesienna aura, a ta z reguły sprzyja ponurym nastrojom. Niektórzy w takim stanie dodatkowo lubią się zdołować muzyką o „depresyjnym” zabarwieniu. Stąd też niniejsza recenzja może stanowić dla tego typu osób niespodziankę. Dotyczy ona najnowszego wydawnictwa grupy OCTOBER TIDE, która to od lat propaguje głównie pesymistyczne nuty.

„Winged Waltz” to już piąty „długograj” tej szwedzkiej formacji i jeżeli chodzi o nastrój, zespół wciąż eksploruje ponure rejony, nie siląc się na drastyczne metamorfozy. Tym razem jednak panowie jakby mocniej wyeksponowali swoją przynależność wobec specyfiki atmosferycznego doom/death metalu. Premierowy materiał, nie tylko pod względem brzmienia, ale również klimatu, wydaje się być bardziej surowy, daleki od syntetyczno – nowoczesnych naleciałości. Do tego silnie emanuje mroczną, depresyjną atmosferą, która co może dziwić, stanowi mocny atut tego wydawnictwa. To również dzięki niej „Winged Waltz”, mimo że nie jest to album krótki (nieco ponad 50 minut), mija zadziwiająco szybko. Osiem wyraźnie dociążonych, a do tego posępnych kompozycji jest kwintesencją doom/death metalu w najlepszym wydaniu. Muzyka jest pozbawiona przejawów radości, jest niczym gęsta mgła otaczająca słuchacza z każdej strony. Grobowa specyfika pojawia się na każdym kroku, zarówno w kwestii dźwięków, tekstów, jak również grafice. Sama okładka obrazująca skrzydlatą ćmę (robal od razu przywołuje na myśl filmowy klasyk „Milczenie Owiec”) inicjuje charakterystyczny klimat. Obraz, choć oszczędny w środkach, ma w sobie odpowiednią siłę wyrazu. Taka też jest cała oprawa wizualna oraz gustowne opakowanie. Pod tym względem postawiono na umiar, prostotę – to idealnie spaja wszystkie elementy „Winged Waltz”.

Jeżeli chodzi o warstwę liryczną... w skrócie można powiedzieć, że teksty nie będą pokrzepieniem dla zagubionych duszyczek. Są one raczej ekspozycją wszechogarniającego mroku, skąpanego w urokach czarujących zjawisk występujących w przyrodzie. W takiej powierzchownie przyjemnej otoczce zespół przemyca wątki śmierci, zwątpienia, co nierzadko zostaje sprytnie zakamuflowane. Ma to też swoje odzwierciedlenie w muzyce, której klimat, choć chłodny potrafi oczarować. Kompozycje nie są wyzywające, pozytywnie barwne, lecz ciężkie i to pod różnymi względami. W tej materii prym wiodą minimalistyczno – stonowane struktury potęgujące mroczną atmosferę. Utwory wykorzystują przeważnie wolne (czasem średnie) tempa, co w połączeniu z dociążonym brzmieniem oraz głębokimi growlami Alexandra Högboma sprzyja kreowaniu monumentalnych, rozległych form. Ponadto muzyka nie wykazuje skłonności do pośpiechu, tutaj czas nie odgrywa większej roli. Stąd też kolejne motywy płynnie, ale powolnie i sennie suną do przodu.

Niekiedy można poczuć specyfikę klasycznego wcielenia MY DYING BRIDE, co słychać m.in. przy okazji „Reckless Abandon”, do którego powstał teledysk, czy też „Lost In Rapture”, w którym to dodatkowo pojawiają się gitary przywołujące na myśl dokonania PARADISE LOST. Jeżeli chodzi o partie tego instrumentu, warto zwrócić uwagę na klimatyczne, rozłożyste tła, jakie tworzy. Dzięki temu kompozycje stają się bardziej przestrzenne, a ich ciężar nie przytłacza. To natomiast może budzić skojarzenia wobec wcześniejszej twórczości KATATONII. Sporadycznie można napotkać śladowe ilości elementów znamiennych dla klimatycznego black metalu, ale ich charakter jest raczej okazjonalny i odnosi się do podobieństw atmosferycznych. W rezultacie mamy do czynienia z materiałem spójnym, wyrównanym, rozłożystym i ewidentnie bogatym pod względem mroku. Jest to płyta dojrzała, fachowo wyprodukowana, nastrojowa i choć nie posiada wielu zwrotów akcji, to bez wątpienia potrafi oczarować, zaciekawić.

Dlatego jeżeli lubicie nuty przygnębienia pozbawione nośnych elementów, bez wątpienia rozsmakujecie się w zawartości „Winged Waltz”. To również nie lada gratka dla sympatyków wczesnej twórczości KATATONII, OPETH, MY DYING BRIDE oraz tych, którym bliskie są dokonania IN MOURNING, NOVEMBERS DOOM. W tejże stylistyce OCTOBER TIDE czuje się jak ryba w wodzie i znawcy tejże formuły powinni to docenić.

8/10

Marcin Magiera


oficjalny teledysk:


oficjalne lyric video:


album oficjalnie udostępniony do odsłuchu:



Komentarze