21.01.2018
RECENZJE

• HANGING GARDEN - I Am Become
• OBIBOX - Czasy Niepewne
• RUNNING WILD - Death or Glory
• JUDAS PRIEST - Painkiller
• MAREK BILIŃSKI - E≠mc²
• LESOIR - Latitude
• BEYOND CHRONICLES - Human Nation
• LOCH VOSTOK - Strife
• HARMORAGE - Psychico Corrosif
• MASACHIST - The Sect (death REALigion)
• WOJCIECH CIURAJ - Ballady Bez Romansów
• CRADLE OF FILTH - Cryptoriana - The Seductiveness of Decay
• DAISY DRIVER - Nulle Part
• H.E.A.T. - Into The Great Unknown
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• JETHRO TULL - Bydgoszcz
• HELLOWEEN - Warszawa
• COCHISE - Chorzów
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Wrocław
• ANATHEMA - Warszawa
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Warszawa
• EPICA, VUUR, MYRATH - Kraków
• KABAT - Trzyniec
• UNEVEN STRUCTURE, VOYAGER, MENTALLY BLIND - Wrocław
• PRISTINE - Chorzów
• PROCOL HARUM - Katowice
• SEATTLE NIGHT V - Warszawa

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• FACTOR 8
• NOCTURNAL RITES - Nils Eriksson
• COMMUNIC - Oddleif Stensland
• CRYSTAL VIPER - Marta Gabriel
• SINNER - Tom Naumann
• HELLOWEEN - Michael Weikath
• DAS MOON / WE HATE ROSES - Daisy Kowalsky

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Świeża Krew » Oldfield, Mike - 2017 - Return to Ommadawn
Oldfield, Mike - 2017 - Return to Ommadawn

MIKE OLDFIELD – Return to Ommadawn




1. Part One
2. Part Two

Rok Wydania: 2017
Wydawca: Virgin / EMI
http://www.mikeoldfieldofficial.com




Osoba Mike'a Oldfielda i jego twórczość wywołuje u mnie często skrajne emocje. W wywiadach bywa egoistyczny, czasem nawet bufoniasty. W muzyce natomiast potrafi być czarujący. Przykładem tego są dwa pierwsze albumy „Tubular bells”, „Songs of distance Earth”, „Voyager” czy orkiestrowe „ Music of a spheres”. Niestety Mike potrafi też w irytujący sposób rozmieniać się na drobne, na przykład w nieskończoność przerabiając swoje pierwsze „Dzwony rurowe”, a także niektóre piosenki („Get to France”). Przykre to, bo ten wybitny przecież multiinstrumentalista od jakiegoś już czasu zdaje się zjadać własny ogon, a jego poprzednia płyta („Man on the rocks”), będąca próbą powrotu do rockowego grania była, delikatnie mówiąc, nieudana.

Dlatego też z niepewnością i dużą dozą dystansu odkrywałem coraz to nowsze informacje dotyczące kolejnego krążka Oldfielda. Jeszcze bardziej niepewnie poczułem się gdy Mike ujawnił, że jego nowe dzieło będzie kontynuacją klasycznego już albumu „Ommadawn” z 1975 roku. Samo tworzenie i nagrywanie „Powrotu do Ommadawn” trwało około pół roku. Jak za dawnych czasów Mike dzierży w dłoniach wszystkie instrumenty. Jak za dawnych czasów płyta zawiera tylko dwa utwory, każdy trwający nieco ponad dwadzieścia minut. Czy muzyka też brzmi tak jak za dawnych czasów?

Już od samego początku jest oldfieldowsko. Delikatne flety, gitara akustyczna w tle, która z czasem wychodzi na plan pierwszy. Wyśmienity początek, który z każdą kolejną sekundą przekonuje, że to będzie dobry album. Po chwili dołączają kolejne instrumenty. Nie brakuje też znajomego i charakterystycznego brzmienia elektrycznej gitary. Zresztą Mike używa na tym albumie bardzo różnych gitar (przypomina się album „Guitars”), a każdy ruch palców po gryfie jest na swój sposób smakowity. Każdy fragment to jakby inne światło w muzycznym pejzażu. Raz jest romantycznie, a raz te nuty szybują gdzieś daleko z echem gitary.

Pomimo podobieństw chociażby do pierwszych „Dzwonów rurowych”, tu słychać świeżość, i co ciekawe, ani przez moment nie jest monotonnie. Kolejny fragment pierwszej części płyty to świetne wykorzystanie afrykańskich bębnów i wokaliz, które są wspierane delikatnym pianinem. Po tym fragmencie płynnie przechodzimy w znów bardzo dobrą grę gitar od klasycznej po rewelacyjną elektryczną – z kolei tu można się niemal przenieść w finał trzeciej części „Dzwonów…”. Po tej niezwykle przeszywającej solówce wracamy do początkowych fletów, które spinają w klamrę pierwsza część albumu.

Część drugą otwierają również flety i interesująca gra na mandolinie. Znów zmiana klimatu z niemal weneckiego na brzmienie gitary bardzo dobrze grającego grajka ulicznego gdzieś w Hiszpanii. Jest znów romantycznie, nastrojowo tym razem do głosu dochodzą wokalizy i klawisze znane z drugich „Dzwonów…”. Po chwili kolejna zmiana klimatu – tym razem odwiedzamy okolice Szkocji, Irlandii, po czym motyw przechodzi w wyśmienitą solówkę i riff. Następnie mamy do czynienia z grą niemal westernowską. Wszystko w tym niepowtarzalnym stylu.

Słychać, że Mike zebrał z poprzednich albumów najlepszą esencję i dodatkowo ją jeszcze doprawił. Gdzieś w tle pobrzmiewają linie melodyczne z poprzednich albumów, lecz do tego dogrywa świetna gra organów Hammonda. Wszystko to brzmi jakby to nie tylko była kontynuacja albumu sprzed lat, lecz jakby Mike zataczał koło ku swojemu początkowi. Można więc puścić w niepamięć wtórność i nijakość kilku poprzednich płyt, bo właśnie takiego Oldfielda chce się słuchać. Oldfielda po prostu grającego w przeważającej większości na gitarach, i to grającego w sposób wyborny. Jak za dawnych lat.

Bardzo cieszy też fakt, że Mike zdecydował się postawić na dwie długie kompozycje, nie dzielił ich na mniejsze fragmenty, nie udziwniał. Wszystko brzmi jak czterdzieści lat temu, kiedy królowały longplaye i kiedy muzyki przede wszystkim się słuchało. Trudno natomiast powiedzieć, czy jest to muzyka skierowana do nowego pokolenia, wychowanego na trzyminutowych singlach. Ale to przecież nie ono powraca do Ommadawn.

8/10

Mariusz Fabin
Komentarze