20.01.2018
RECENZJE

• OBIBOX - Czasy Niepewne
• RUNNING WILD - Death or Glory
• JUDAS PRIEST - Painkiller
• MAREK BILIŃSKI - E≠mc²
• LESOIR - Latitude
• BEYOND CHRONICLES - Human Nation
• LOCH VOSTOK - Strife
• HARMORAGE - Psychico Corrosif
• MASACHIST - The Sect (death REALigion)
• WOJCIECH CIURAJ - Ballady Bez Romansów
• CRADLE OF FILTH - Cryptoriana - The Seductiveness of Decay
• DAISY DRIVER - Nulle Part
• H.E.A.T. - Into The Great Unknown
• NOVEMBER MIGHT BE FINE - South
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• JETHRO TULL - Bydgoszcz
• HELLOWEEN - Warszawa
• COCHISE - Chorzów
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Wrocław
• ANATHEMA - Warszawa
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Warszawa
• EPICA, VUUR, MYRATH - Kraków
• KABAT - Trzyniec
• UNEVEN STRUCTURE, VOYAGER, MENTALLY BLIND - Wrocław
• PRISTINE - Chorzów
• PROCOL HARUM - Katowice
• SEATTLE NIGHT V - Warszawa

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• FACTOR 8
• NOCTURNAL RITES - Nils Eriksson
• COMMUNIC - Oddleif Stensland
• CRYSTAL VIPER - Marta Gabriel
• SINNER - Tom Naumann
• HELLOWEEN - Michael Weikath
• DAS MOON / WE HATE ROSES - Daisy Kowalsky

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - V » VOYAGER - 2017 - Ghost Mile
VOYAGER - 2017 - Ghost Mile

VOYAGER - Ghost Mile


voyager - ghostmile

1. Ascension
2. Misery Is Only Company
3. Lifeline
4. The Fragile Serene
5. To The Riverside
6. Ghost Mile
7. What A Wonderful Day
8. Disconnected
9. This Gentle Earth (1981)
10. As The City Takes The Night

Rok wydania: 2017
Wydawca: IAV Records
http://voyager-australia.com/




Coraz większa ilość wartościowych wydawnictw z Australii potwierdza fakt, że tamtejsza scena metalowa rośnie w siłę. Nie tak dawno pisałem o świetnym „A World Awakens” DAMNATIONS DAY, a tu proszę... nie minęło wiele czasu i na światło dzienne ujrzał kolejny wyjątkowy album. Mowa o „Ghost Mile”, nowej płycie zjawiskowej grupy VOYAGER (nie mają nic wspólnego z naszym rodzimym imiennikiem - na całe szczęście), którego premiera miała miejsce 12 maja.

Nie ukrywam, że na nowy materiał Australijczyków czekałem z niecierpliwością, sporym zaciekawieniem, ale też pewnymi obawami. Te jednak szybko zostały zdławione, kiedy to zespół udostępnił w sieci pierwsze premierowe kawałki; „Misery Is Only Company” oraz atmosferycznie ujmujący „Ascension”, do których zrealizowano klimatyczne teledyski. Emocje związane z nowym wydawnictwem były o tyle większe, że poprzedni krążek „V” z 2014 roku wciąż pozostaje dla mnie albumem szczególnym - często do niego wracam. Teraz też wiem, że z „Ghost Mile” będzie podobnie - nowe dzieło VOYAGER pochłonęło mnie bez reszty, w pewnym sensie stałem się od niego uzależniony i z tym słodkim nałogiem nie myślę zrywać.

Wydawnictwo już na wstępie intryguje oryginalną, a do tego niezwykle enigmatyczną oprawą graficzną. Jej autorem - tak jak i poprzednim razem - jest perkusista, Ashley Doodkorte. Nie tylko okładka, ale i cały booklet zostały opatrzone charakterystycznymi wzorami barw, co w pewnym sensie można określić jako barwny deszcz (albo raczej ulewę) kryształowych meteorytów. Tak naprawdę frontowa grafika jest owocem wielu eksperymentów realizowanych we wczesnych godzinach porannych i ma ona odzwierciedlać poczucie ruchu i zjawisk z tym związanych, na które tak naprawdę nie mamy większego wpływu. We wnętrzu digipacka, zamiast typowej książeczki, znaleźć można mniej funkcjonalną „rozkładówkę”. Po jednej stornie umieszczono teksty, których tło stanowią klimatyczne fotografie muzyków uchwyconych podczas grania. Natomiast na rewersie znalazły się obszerne podziękowania oraz inne podstawowe informacje o wydawnictwie - zabrakło natomiast szczegółów odnośnie realizacji poszczególnych funkcji. Ogólny efekt całkiem przyjemny; całość prezentuje się nad wyraz spójnie, chociaż do pełnego zauroczenia jeszcze brakuje.

O pełnym zauroczeniu można mówić biorąc pod uwagę rzecz najważniejszą, muzykę - „Ghost Mile” przynosi nową jakość; od początku do końca urzeka, oczarowuje. To płyta, której charakterystyczne dźwięki, znamienne brzmienie oraz wyjątkowa atmosfera owocują czymś naprawdę szczególnym. W zasadzie już od pierwszych taktów wiadomo z kim mamy do czynienia. VOYAGER już dawno zdefiniował swój kierunek muzyczny i od lat z powodzeniem to pielęgnuje. Ustabilizowało się to już przy okazji wcześniejszego „The Meaning Of I”, a „V” był tego dobitnym potwierdzeniem. Znowu premierowy materiał można określić jako tzw. kropka nad „i”. Jest to materiał niezwykle świadomy, dojrzały, wrażliwy, kompletny i nastrojowo intensywny. Zespół z powodzeniem łączy elementy djentu, prog metalu oraz innych naleciałości, niekoniecznie związanych z muzyką rockową. Daje się to wyczuć podczas „elektroniczno - syntezatorowych” momentów „Lifeline” oraz „What A Wonderful Day” (cybernetyczno - industrialna otoczka może przywoływać na myśl FEAR FACTORY), czemu dodatkowo sprzyjają „skoczne” podziały rytmiczne. Również przy okazji nastrojowego „To The Riverside” można poczuć ducha norweskich przedstawicieli synth popu, grupy A-HA. Znowu podczas wstępu do „Lifeline” połączenie atmosferycznych gitar (nieco floydowych) z charakterystycznymi akcentami może budzić skojarzenia wobec legendarnego RUSH. Dzięki uzyskanemu brzmieniu „Ghost Mile” jak również niektórym pomysłom, może też generować porównania wobec szalonego Kanadyjczyka, Devina Townsenda. Można też napotkać momenty (szczególnie fragment „As The City Takes The Night”), kiedy zespół wyraźnie zbliża się w rejony z jakich słynie ANATHEMA. Takich porównań można przytoczyć więcej - nie zmienia to jednak faktu, że VOYAGER jest zespołem oryginalnym, którego muzyka nie tylko zaskakuje, ale przede wszystkim zachęca do głębszego poznania.

Spore wrażenie robią umiejętności techniczne muzyków - czuć rozwiniętą świadomość oraz dojrzałość muzyczną. Partię poszczególnych instrumentów są mocno przemyślane, wyważone, a zastosowane środki mimo przyjaznego odbioru nie są infantylne. Poza tym nikt nie stara się dominować - ewidentnie mamy do czynienie z pracą zespołową. Muzycznie i kompozytorsko „Ghost Mile” ma wiele do zaoferowania pokazując przy tym, że zespół nie tylko świetnie gra, ale również potrafi tworzyć wyjątkowe rzeczy, co wcale nie jest takie proste, oczywiste. Jest to muzyka nowoczesna, zarówno pod względem produkcji jak również stylizacji gatunkowej. Zespół ucieka też sztampowości unikając oklepanych rozwiązań, stąd też na tle innych kapel parających się podobnymi dźwiękami wyróżnia się znacząco.

Utwory mają atmosferycznie zmienny nastrój; z jednej strony są delikatne i czułe, a z drugiej nie brakuje im metalowego ognia oraz dynamiki. Tak też większą (niż do tej pory) skłonność zespołu do atmosferycznych ubarwień, zdradzają; rozmarzony „This Gentle Earth (1981)” oraz przestrzenny „To The Riverside”. Znowu agresywniejszym momentom nierzadko towarzyszy konkretne dociążenie. Znowu w utworze tytułowym można napotkać deathmetalowe wtrącenia, gdzie perkusista stosuje znamienne dla tej stylistyki gęste podziały rytmiczne. Przy tej okazji zespół uchylił drzwi dla chaosu (podobieństwa względem STRAPPING YOUNG LAD) tyle że w kontrolowanej formie. To nie jedyne nawiązania do metalowej ekstremy - w „Disconnected” oraz „Ascension” pojawiają się growle, ale ich ilość jest raczej super okazjonalna, więc przeciwnicy piekielnej maniery wokalnej nie powinni czuć się zniechęceni. Za te zabiegi odpowiada Alex Canion (bas), który oprócz „piekielnych wyziewów” potrafi łagodnie i czysto zaśpiewać co słychać chociażby w „The Fragile Serene” oraz anathemowym motywie „As The City Takes The Night”. Wokalne wsparcie głównego wokalisty (Danny Estrin) pozytywnie wpływa na ogólną różnorodność, a partie obu muzyków idealnie do siebie pasują - nie ma zgrzytów. Jeżeli chodzi o same teksty, nie są one oczywiste, jednoznaczne, a przez to łatwe do rozgryzienia. Można powiedzieć, że ich istotą jest człowiek, uczucia i różne zagadnienia z tym związane, co dodatkowo podszyto niematerialną aurą uduchowienia.

Nowy materiał jest też bardziej stonowany, wyciszony, mniej populistycznie chwytliwy. Nie oznacza to jednak, że brakuje nań melodii - w tej materii zespół i tym razem nie zawiódł. Wiele utworów posiada nośne momenty, a wiele refrenów dość szybko zapada w pamięć („Misery Is Only Company”, „Lifeline”, „Acension”). Utwory mają bardziej rozłożyste struktury, rytmicznie dzieje się więcej, co dodatkowo podsyca większe urozmaicenie w aktywnej pracy sekcji rytmicznej. Jest mniej typowych rozwiązań - panowie (i pani) więcej kombinują i co ważne, nie traci na tym ogólna przyswajalność. Warto też zwrócić uwagę na to co dzieje się na dalszym planie - kompozycje mają ciekawie zaaranżowane tła. Te obfitują w liczne smaczki, elektroniczne zdobienia. Wypełniają one wszelkie wolne przestrzenie, dodatkowo wzmacniając atmosferyczne nacechowanie materiału. Pozytywne wrażenie budzą również mądre i rozważne solówki gitarowe - emocjonalnym partią towarzyszy przede wszystkim duże wyczucie smaku, wrażliwość. Zespół posiadł także niebywałą umiejętność prezentowania trudniejszych form w przyjazny sposób, a to nie lada sztuka. Co istotne, pomimo niezaprzeczalnej różnorodności, bogactwa środków, całość jest jak najbardziej spójna, przejrzysta, a do tego magicznie urokliwa.

W przypadku „Ghost Mile” dalsze słowa wydają się być zbędne - to po prostu wielki album, którego koniecznie trzeba posłuchać. Muzyka broni się sama, a materiał jest potwierdzeniem tego, że VOYAGER jest jednym z ciekawszych i zarazem bardziej oryginalnych zespołów młodszego pokolenia. Bez dwóch zdań - tą płytę warto (a nawet trzeba) mieć.

10/10

Marcin Magiera


Oficjalne teledyski:






Komentarze