17.12.2017
RECENZJE

• DAMNATION DEFACED - Invader from Beyond
• MOONSPELL - 1755
• THE BLACK NOODLE PROJECT - Divided We Fall
• MAREK BILIŃSKI - Ogród Króla Świtu
• BLIND EGO - Liquid Live
• HARMONIC GENERATOR - Heart, Flesh, Skull, Bones
• INVERTED MIND - Broken Mirror
• ELVENKING - Secrets of the Magick Grimoire
• BLACKFOOT - Southern Native
• SILHOUETTE - The World is Flat And Other Alternative Facts
• ANN - Fragmenty
• J.D. OVERDRIVE - Wendigo
• HIGHWAY - IV
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• JETHRO TULL - Bydgoszcz
• HELLOWEEN - Warszawa
• COCHISE - Chorzów
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Wrocław
• ANATHEMA - Warszawa
• TESTAMENT, ANNIHILATOR, DEATH ANGEL - Warszawa
• EPICA, VUUR, MYRATH - Kraków
• KABAT - Trzyniec
• UNEVEN STRUCTURE, VOYAGER, MENTALLY BLIND - Wrocław
• PRISTINE - Chorzów
• PROCOL HARUM - Katowice
• SEATTLE NIGHT V - Warszawa

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• FACTOR 8
• NOCTURNAL RITES - Nils Eriksson
• COMMUNIC - Oddleif Stensland
• CRYSTAL VIPER - Marta Gabriel
• SINNER - Tom Naumann
• HELLOWEEN - Michael Weikath
• DAS MOON / WE HATE ROSES - Daisy Kowalsky

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - M » MALLORY - 2016 - Sonora R.F. part II
MALLORY - 2016 - Sonora R.F. part II

MALLORY – Sonora R.F. part II


MALLORY – Sonora R.F. part II

1. Riot
2. Plan B
3. So wet
4. Day 257
5. Homeless
6. Vertige
7. Dilemma
8. Cheveux noir
9. Last days
10. Twenty legs

Rok wydania: 2016
Wydawca: Dooweet Agency
https://www.facebook.com/mallory.rockband/





Jakiś czas temu opowiadałem w tym miejscu historię pewnej dziewczyny o imieniu Mallory. Niestety nie ma ona łatwo w życiu. Podróżuje po Stanach Zjednoczonych, a potem na jakiś czas ląduje za kratkami w Meksyku. W jej życiu obecne są także alkohol i narkotyki. Nieco później trafia do jednego z barów w Paryżu. Za sprawą czterech napotkanych tam muzyków postanawia opowiedzieć o tym, co przeżyła. Ci muzycy to wokalista Phil, gitarzysta Jay, basista Mat oraz perkusista Twist.

Rok po wydaniu pierwszej, „czarnej” części „Sonory R.F” zespół postanowił opowiedzieć ciąg dalszy historii swojej bohaterki. Tym razem zmieniono kolorystykę okładki albumu na białą. Czy może to oznaczać, że Mallory odbiła się od dna i zaczęła nowe, szczęśliwe życie? Czy zespół zmienił przez to brzmienie w porównaniu do pierwszej części? Panie i panowie, oto znów na naszej scenie Mallory: nadzieja europejskiej muzyki rockowej, momentami psychodeliczna, punkowa, z pewnością alternatywna, ale przepełniona pięknymi nutami. Posłuchajmy, czy wciąż tak jest.

Zaczyna się od „Riot”. Album otwiera krótka wypowiedź Mallory, a potem już mamy niemal punkowy brud. Od samego początku nie ma taryfy ulgowej. Dobrze brzmi tu pełna grozy gitara, a jeszcze lepszy jest wokal, który z melodyjnego refrenu przeradza się niemal w pełnego buntu punka. W środku utworu wykonuje tu natomiast rzetelną robotę bas. Cieszy fakt, że zespół pozostał wierny swojej surowości i warstwie produkcji muzyki i to zdaje egzamin. Jest niemal garażowo, jak za danych czasów, kiedy rodził się prawdziwy stary punk. To daje nadzieję na równie wyborną muzykę, co podczas pierwszego spotkania z Mallory..

Czas na utwór drugi, a jest nim „Plan B”. Tu już jest znajomo. Po francusku. Nie brakuje zmian tempa i dobrze znanej już surowości. Jest na przemian delikatnie ze zwykłą gitarą i z pełną mocą. Całkiem dobry utwór, pozostaje jednak po nim lekki niedosyt. Gdyby muzycy np. zaprosili do współpracy przy tym utworze wokalistę o barwie głosu Garou (który co prawda nie boi się muzycznych eksperymentów, ale niekoniecznie musiałby się na taką współpracę zgodzić), gęsia skórka u słuchacza byłaby pewna.

„So wet” rozpoczyna gitara, która gra motyw, odsyłający do pierwszej części historii Mallory. Niezwykle „nocny” utwór, niespokojny, ale jakże rozkoszny za sprawą gitary! Z łatwością w wyobraźni materializują się jakieś najgorsze paryskie speluny, gdzie poza śpiewającym na niewielkiej scenie wokalistą widać (i czuć) tylko dym papierosów. Po pewnym czasie do głosu dochodzi też jednak Jay, grając świetną, bardzo klimatyczną solówkę. Gdybym miał wskazać jakiś zespół, który idealnie oddałby klimat tego numeru, to bez wątpienia byłby to The Cure. Bicie akordów i linia melodyczna chyba specjalnie tak została wymyślona. I jest to dobra robota.

Przejdźmy zatem do kolejnego utworu. To „Day 257”, krótki numer śpiewany po francusku. Ale inna rzecz w tym numerze jest mistrzowska: to bębny i niemal indiański śpiew. O ile w „Riot” mieliśmy do czynienia z punkowym wcieleniem wokalisty, o tyle tu jest magicznie, wręcz szamańsko. Wybornie. Czasem wystarczy zaledwie minuta czterdzieści sekund, by zawładnąć słuchaczem do reszty. I tak jest tym razem.

Piątka opowiada o bezdomności. O ile w jednym z poprzednich piosenek najlepiej by się sprawdził duet z Garou, o tyle w „Homeless” najlepiej sprawdziłby się bez wątpienia Marianne Faithfull. Niesamowity to kawałek. Balansujący gdzieś pomiędzy alternatywnym rockiem, a piosenką poetycką, kontynuującą najlepsze francuskie tradycje (stąd do głowy przychodzi właśnie Faithfulll). Jeśli muzycy choć trochę inspirowali się jej postacią, to znów wykonali kawał świetnej roboty. Genialna perkusja i werbel, a całość przeszywa dobra gitara i jeszcze lepszy wokal. Nie ma tu krzyku, ale jest po prostu świetny śpiew. Kolejny bardzo dobry i mocny numer na tym krążku.

Nie tracąc chwili przechodzimy do „Vertige”. Jeszcze raz Mallory funduje język Franków. Tym razem uwagę przykuwa niezwykle przeszywająca gitara. Warto też wsłuchać się w niezwykle prostą, ale jakże piękną gitarę basową. Jest tu wszystko to, do czego Mallory nas przyzwyczaiła, jest psychodelia, brud, ale i ta niesamowita energia, którą zespół wręcz emanuje.

Numer siedem to „Dilemma”. Rozpoczyna go gra inspirowana bardzo wczesnym Black Sabbath i śpiew kojarzący się z Jamesem Brownem (z lekko punkowym zadziorem). Sam kawałek znów psychodeliczny i może za wiele się w nim dzieje, ale z pewnością warto zawiesić ucho na niezłej solówce Jaya.

„Cheveux noirs” to z kolei ballada, świetnie zagrana na gitarze akustycznej. I znów jest smakowicie, na myśl przychodzą obrazki Paryża, ale niekoniecznie tego znanego z pocztówek. Jeśli już, to tego z „Nocy na ziemi” Jima Jarmuscha. Jest nostalgicznie, a wrażenie jest przejmujące, niczym zapłakana twarz pierrota z francuskiej pantomimy. Natomiast to, jak zespół stopniuje w utworze napięcie, zasługuje na głębokie ukłony - panowie, za te cymbałki w tle należy się wam najlepsze bordeaux. Nie myśleliście jeszcze o dodaniu do tego wspaniałego utworu dźwięków klasycznej francuskiej katarynki?

Przedostatni numer na albumie to niemal doorsowy „Last days”. Otwiera go wystrzał z broni, po to, by klimatem powrócić do pierwszej części historii o kobiecie zwanej Mallory. Króciutki numer, ale z niezwykłą łkającą gitarą, której brzmienie powoduje ciarki na plecach.

Po nim następuje zakończenie w postaci „Twenty legs”. Jest to najprostszy z możliwych do zagrania rock’n’rolli. Melodia jeszcze raz przywodzi na myśl motywy z pierwszej części Sonory. Z czasem ze zwykłej potańcówki rodzi się czysty punk, który znów przechodzi w rock’n’rolla. Album kończy wylot do domu.

Historia Mallory nareszcie wydaje się kompletna. Składają się na nią dwie płyty, a każda z nich z osobna stanowi zupełnie inną muzykę. Pierwsza jest niezwykle dołująca, przygniatająca. Druga zaś bardzo buntownicza, ale i zarazem piękna. Złożona w całość tworzy niesamowitą, nieco ponad godzinną przygodę z życiem, śmiercią, buntem i nadzieją. Z pewnością warto na nią zwrócić uwagę.

8,5/10

Mariusz Fabin
Komentarze