24.05.2018
RECENZJE

• THE ALAN PARSONS PROJECT - I Robot
• MAX TOVSTYI - Mesmerize
• WOODLAND SPIRIT - Tribute to Anathema
• LORDI - Sexorcism
• MILLENIUM - Time Vehicle - the best of...
• UGANGA - Opressor
• DIMMU BORGIR - Eonian
• HALUCYNACJE - La Petite Blonde
• MIETALL WALUŚ - Dwie Dekady
• DESPITE EXILE - Relics
• MORDOR - Prayer to...
• THUNDERWAR - Wolfpack
• MASTER MEN - From the Moon
• MY PERFECT ALIEN - Face The World
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• ARENA - Warszawa
• JAZZ Q - Chorzów
• FISH - Chorzów
• BATUSHKA, OBSCURE SPHINX, ENTROPIA - Wrocław
• BELIEVE - Warszawa
• PROGROCK FEST - Legionowo
• PROGROCK FEST - Legionowo
• WISHBONE ASH - Katowice
• CLOSTERKELLER - Zabrze
• BELIEVE - Konin
• KRZYSZTOF PUMA PIASECKI / JÓZEF SKRZEK - Piekary Śl.
• WARSAW PROG DAYS - Warszawa
• ROTTING CHRIST, CARACH ANGREN, SVART CROWN - Katowice

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• BOREALIS - Matt Marinelli
• MENSKO - Piotr Juszczak, Marcin Moroz
• HEAT AFFECTED ZONE
• STANDARD B - Dawid Kubicki, Michał Mędak
• ELVENKING - Damna
• FACTOR 8
• NOCTURNAL RITES - Nils Eriksson

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Relacje z koncertów » 2018.01.24 - CRADLE OF FILTH, MOONSPELL, SACRILEGIUM - Wraszawa
2018.01.24 - CRADLE OF FILTH, MOONSPELL, SACRILEGIUM - Wraszawa

24.01.2018
CRADLE OF FILTH + MOONSPELL + SACRILEGIUM
Warszawa, Progresja


cradle of filth


„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” - to nie podlega żadnej dyskusji... szczera prawda, ot co! I choć znane przysłowie nie jest związane stricte z samym koncertem, doskonale podsumowuje zwieńczenie pamiętnego wieczoru (nocy), ale zanim do tego dojdę, należałoby przedstawić całościowy przebieg wydarzeń. Nie ulega też wątpliwości, że wszystko kręci się wokół wspólnego koncertu CRADLE OF FILTH oraz MOONSPELL - inaczej ta relacja nie miałaby racji bytu.

Oba zespoły dzień po wizycie w Krakowie, zawitały do stołecznej Progresji. W odróżnieniu do występu w Małopolsce, grupom towarzyszył jeszcze jeden band, nasz rodzimy SACRILEGIUM. Z tego tytułu wydarzenie trwało nieco dłużej, jednak ten czas zleciał ekspresowo (przynajmniej w moim przypadku). W chwili przybycia i wejścia do klubu (chwila po 18) - nie było z tym problemu, bo kolejka już się rozpierzchła - nie musieliśmy długo czekać na sceniczną aktywność. Zgodnie z rozpiską organizatora, pierwszy zespół miał wystartować o 18:20, ale już chwilkę przed planowanym czasem na deskach Progresji pojawiła się ekipa z Wejcherowa. Nadciągający sztorm w wykonaniu SACRILEGIUM zainicjowało intro z odgłosami „lasu”, w trakcie którego na scenie zainstalowali się poszczególni muzycy (ich twarze zdobił corpse paint). Towarzyszyło temu skromne oświetlenie, można powiedzieć półmrok. To w połączeniu z symboliką oprawy scenicznej nadawało całości specyficznego kolorytu. Na bokach sceny umiejscowiono dwa proporce z odwróconymi krzyżami (symbole znane z okładki „Anima Lucifera”), natomiast na środku sceny znajdował się sporych rozmiarów metalowy pentagram, gdzie na każdym wierzchołku gwiazdy paliła się świeczka. Z tym „statywem” umiejscowił się opanowany „Suclagus”, który ze stoickim spokojem robił co do niego należy. Nie było w tym scenicznego szaleństwa, opętańczego machania łbem - przez cały czas nie tylko on, ale i reszta kompanów zachowywała umiarkowany spokój, skupiając główną uwagę na prezentowanym materiale. Tego wieczoru panowie wykonali nie tylko kawałki z ostatniej płyty (nasza recenzja tutaj) (oraz EPki), ale również sięgnęli po materiał z przeszłości. Stąd obok nowszych „Angelus (Anima Lucifera)”, „Venomous Spell of Fate” czy też „Anima Lucifera” nie zabrakło klasyków („Wicher falami ognia”, „Darkness”). Co istotne ich występ brzmiał naprawdę dobrze! Jak wiadomo supporty nagminnie są dyskryminowane, a ich koncerty traktuje się olewacko. W tym przypadku akustycy podeszli do sprawy po ludzku, profesjonalnie - tak powinno być zawsze!

Już w trakcie występu „otwieracza” tłum gęstniał z minuty na minutę, ale kiedy na scenie trwały ostatnie przygotowania do show MOONSPELL, dało się zauważyć jak sporo sympatyków metalowego grania przybyło do Warszawy. Kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik, punktualnie (co do sekundy), światła zgasły ponownie. W tym momencie wyczuwalne było ogromne napięcie wśród publiczności - entuzjastycznie przywiała Portugalczyków. Wyraźnie dało się to poczuć, kiedy na scenie pojawił się charyzmatyczny Fernando przy dźwiękach „Em Nome Do Medo”, stanowiącym atmosferyczne intro. Rozświetlał sobie drogę tradycyjną lampą - podczas ich występu rekwizytów nie brakowało. Bodajże w trakcie „1755” , wokalista przywdział skórzaną maskę czarnej śmierci, co wzmocniło teatralność widowiska. Oprócz tego na szyi oraz na mikrofonowym statywie miał zawieszone drewniane krzyże (tej symboliki nie brakowało). Znowu podczas wykonania „Todos Os Santos” kierował w stronę publiczności podwójnym strumieniem czerwonego światła, którym emanował wielki krzyż z wmontowanymi „diodami”. Sam pomysł i otrzymany efekt robiły wrażenie. Ponadto panowie tego wieczoru nie dawali sobie taryfy ulgowej; ich występ był mocno energetyczny i intensywny. Wokalista był nad wyraz aktywny; nie tylko machał głową, ale przez cały czas pozostawał w ścisłym kontakcie z publicznością. Również i ruchliwy basista nie pozostawał bierny - zdobył się przy tej okazji na miły gest, podając pewnemu dzieciakowi kostkę prosto do ręki (wcześniej rzuconą ze sceny zdobył widocznie ktoś inny). Poza tym brzmieniowo nie było się do czego przyczepić - akustycy pieczołowicie zadbali o jakość brzmienia. Było selektywnie, na przyzwoitym poziomie głośności, bez niepożądanego hałasu. Był to również najlepiej nagłośniony występ tego wieczoru.
Jeżeli chodzi o prezentowany repertuar, MOONSPELL oprał setlistę głównie o premierowy album „1755” (recenzja tutaj). Jeszcze przed koncertem byłem tym faktem lekko rozgoryczony, ponieważ nowy materiał jakoś nie do końca do mnie przemawia. Tym niemniej nowe kawałki na żywo prezentowały się naprawdę świetnie; był klimat, odpowiednia moc. Tak też w ramach promocji nowej płyty, oprócz wyżej wspomnianych kawałów, można było usłyszeć również: „1755”, „In Tremor Dei”, „Desastre”, „Ruínas” oraz „Evento”. Na całe szczęście nie zabrakło sprawdzonych szlagierów. Wśród nich znalazły się: nowszy „Night Eternal” oraz ewidentne klasyki w postaci „Opium”, a na sam koniec uwielbiany przez fanów „Alma Matter” jak również klimatyczny „Full Moon Madness”. Niestety nie można było liczyć na bisy, bo jak wiadomo ten przywilej należy do gwiazdy wieczoru, a tę rolę pełnił ktoś inny. Ku pokrzepieniu serc, Fernando zapowiedział rychły powrót do naszego kraju i miejmy nadzieję, że nie będzie trzeba na to długo czekać...

Główną atrakcję wieczoru, czyli występ CRADLE OF FILTH, poprzedziła półgodzinna przerwa, podczas której ze sceny znoszono sprzęt poprzedników. Pojawiały się za to nowe rekwizyty, stanowiące bardziej rozbudowaną scenografię. Oprócz płótna z okładką „Cryptoriana - The Seductiveness of Decay” (nasza recenzja tutaj) pojawiło się kilka innych banerów, które rozlokowano po bokach. Po ustawieniu wszystkiego jak należy znowu pociemniało, a z głośników wybrzmiało horrorowe intro w postaci „Ave Satani”. Poszczególni członkowie (oraz członkini) zajmowali swoje stanowiska, a na sam koniec, pojawił się nie kto inny jak Mr. Dani Filth w obszarpanej szacie z kapturem. Przemknął się w mroku, tyłem sceny (za klawiszami) niczym upiorna zjawa zajmując frontowe miejsce na podwyższeniu. I wtedy się zaczęło - mocne „Gilded Cunt” zainicjowało muzyczno - wampiryczny sztorm, którego niszcząca siła nie ustawała ani na moment. To, co wyprawiał ruchowo nadpobudliwy frontman ze swoim głosem wydaje się wręcz nierealne! Oprócz chrapliwych dołów, największe wrażenie robiły wysokie, wręcz świdrujące wrzaski - aż trudno uwierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Niestety zdarzały w tej materii nagłośnieniowe niedogodności (sprzężenia) - być może rozrzut częstotliwości, jakie generuje Dani nie są łatwe do „ustawienia”... Na całe szczęście nie były to nagminne zjawiska, a ich charakter był raczej okazjonalny. Sam wokalista skakał pod scenie niczym dzieciak z ADHD, robiąc to w charakterystyczny dla siebie sposób. Instrumentalną wrzawę napędzał perfekcyjny Martin Škaroupka, którego rozbudowany zestaw perkusyjny był odgrodzony od reszty ekranem z „pleksy”. Ten człowiek to istna maszyna - robot, a to, co zaprezentował tego wieczoru budziło podziw. Klimatu dodawał także wampiryczny gitarzysta, którego teatralne ruchy przywodziły na myśl diaboliczną kukłę, ale z drugiej strony (przynajmniej u mnie) wzbudzał rozbawienie. Jasności dodawała obsługująca klawisze, nierzadko uśmiechnięta, Lindsay Schoolcraft. Dała się poznać nie tylko jako pozytywna postać, ale również wprawna wokalistka, o czym można było się przekonać wielokrotnie.
Nieco ponad półtoragodzinny set Wampirów z Suffolk, był podzielony na dwie części, z czego drugą można potraktować jako długi bis w ramach, którego pojawiły się gorąco przyjęte hiciory takie jak „Nymphetamine (Fix)”, „Her Ghost in the Fog”, a na koniec, nieco starszy „Born in a Burial Gown”. Co może odrobinę zaskakiwać, zespół zaprezentował przekrój swojej twórczości, ograniczając się przy tym tylko do trzech premierowych kompozycji („Heartbreak and Seance”, „You Will Know the Lion by His Claw” oraz „Achingly Beautiful”). W głównym „trzonie” CRADLE OF FILTH wykonali również kawałki z pamiętnego „Cruelty and the Beast” - były to „Beneath the Howling Stars” oraz „Bathory Aria”. Setlistę tej części uzupełniały „Dusk and Her Embrace”, „The Death of Love” oraz „Blackest Magick in Practice” z poprzedniej płyty. Drugą część, poprzedzała kilkuminutowa przerwa zwieńczona kolejnym intro, po którym to grupa ponownie zagościła na scenie inicjując to utworem „The Promise of Fever”. Atmosfera pod sceną była gorąca, co podsycał dodatkowo wybór „bisowego” repertuaru. Dani pozwolił sobie na oblewanie publiki wodą, ale kiedy rzucił butelkę z czymś kolorowym - musiał zrobić unik przed nagłą "zwrotką". Koniec muzycznej uczty nastąpił w okolicach 22:30 kiedy to zespół żegnał się publicznością, poleciało kilka kostek (wypluwanie ich przez jednego z gitarzystów było mało smaczne...), pałki itp. Wiele osób myślało, że mimo wszystko Dani i spółką wyjdą jeszcze (na jeden bądź dwa kawałki), ale wszelkie nadzieje rozwiało włączenie świateł w Progresji - to był koniec koncertu, ale nie wieczoru... Ten jak się okazało, przysporzył nam jeszcze wielu „atrakcji”.

Po wydobyciu się na zewnątrz pośród gęstego tłumu, wymienialiśmy opinie na temat tego, czego doświadczyliśmy i wniosek ogólny był/jest taki - trzy zespoły wypadły naprawdę dobrze. Brzmieniowo królował MOONSPELL, ale zarówno SACRILEGIUM jak i CRADLE OF FILTH pokazały się z dobrej strony. Ogólnie koncert był jak najbardziej udany i nawet późniejszy ciąg wydarzeń (związany z tym brak snu) nie zmienił mojej (oraz kompana) opinii. A co tak dokładnie wydarzyło się później? Powrotna droga przebiegała w wesołej atmosferze, aż tu ni stąd ni zowąd samochód odmówił posłuszeństwa tj. zdechł... Nie wdając się w zbędne szczegóły, skończyło się na interwencji przyjaciół (mega podziękowania dla Karola i Macieja!) oraz holowaniu. Ryzykownie, ale cała akcja została zwieńczona sukcesem, a jakie z tego płyną wnioski? Po pierwsze, faktycznie jest tak jak głosi popularne przysłowie, a po drugie - zawierając polisę ubezpieczeniową (na auto) zadbajcie koniecznie o usługę holowania!!!

Sacrilegium

Sacrilegium

Sacrilegium

Moonspell

Moonspell

Moonspell

Moonspell

Moonspell

Cradle of Filth

Cradle of Filth

Cradle of Filth

Cradle of Filth

Cradle of Filth

Cradle of Filth

Tekst: Marcin Magiera
Zdjęcia: Marek Ratusznik, Marcin Magiera
Komentarze