17.11.2018
RECENZJE

• POWERWOLF - The Sacrament of Sin
• CRYONIC TEMPLE - In Thy Power
• ARION - Life Is Not Beautiful
• KOBONG - Chmury Nie Było
• KOBONG - Kobong
• DROWN MY DAY - The Ghost Tales
• MARILLION - Marbles
• BEHEMOTH - I Loved You At Your Darkest
• HERE ON EARTH - Thallium
• LORIEN - Sny Moje
• VAN HALEN - 1984
• INDIGNITY - Realm of Dissociation
• DREAM THEATER - Dream Theater
• LEAP DAY - Timelapse
• SAXON - Saxon
• DEMONICAL - Chaos Manifesto
• FEVER - Obey
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• POWERWOLF, AMARANTHE, KISSIN’ DYNAMITE - Warszawa
• HAMMERFALL, ARMORED DAWN - Wrocław
• TARJA, STRATOVARIUS, SERPENTYNE - Kraków
• THREE DAYS GRACE - Wrocław
• ILUZJE - II ŻORSKI FESTIWAL MUZYKI ART-ROCKOWEJ - Żory
• XIII STOLETI - Zabrze
• THE PINEAPPLE THIEF, LIZZARD - Warszawa
• ALBION - Kraków
• FORTECA - Wrocław
• TREMONTI - Warszawa
• PAIN OF SALVATION, KINGCROW - Kraków
• THIRTY SECONDS TO MARS - Kraków
• PROG IN PARK - Warszawa
• ROGER WATERS - Kraków
• ROGER WATERS - Kraków

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• JENNER - Marija Dragićević
• ADMINISTRATORR ELECTRO - Bartosz Marmol
• MANIMAL - Samuel Nyman
• ISCARIOTA - Justyna Szatny
• ALBION - Jerzy Antczak
• LAURA COX
• TWO TIMER
• SZKLANE OCZY

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview
• EDEN'S CURSE - Paul Logue - Interview
• SERIOUS BLACK - Dominik Sebastian - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Wywiady » ADMINISTRATORR ELECTRO - Bartosz Marmol
ADMINISTRATORR ELECTRO - Bartosz Marmol

ADMINISTRATORR ELECTRO
- Bartosz Marmol -


Administratorr Electro


Kilka dni temu miała miejsce premiera trzeciej płyty stołecznej grupy ADMINISTRATORR ELECTRO, która co tu dużo mówić - trzyma wysoki poziom! To wydarzenie stało się zapalnikiem do zadania „kilku” pytań sprawcy całego zajścia. Poniżej „wywiad-rzeka” z Bartoszem Marmolem - zapraszamy wytrwałych do kektury.




Wasza nowa płyta w końcu ujrzała światło dzienne. W moim odczuciu album jest naprawdę udany, nie ma nań słabszych momentów, całości słucha się wyśmienicie. Jakie są Twoje, Wasze odczucia odnośnie premierowego materiału? Prawdopodobnie za wcześnie na takie pytania, ale może już teraz jakieś przemyślenia kiełkują w głowie?

Zacznę od nieskrywanej nieskromności i powiem, że jako „swój największy fan” również bardzo dobrze oceniam „Przemytnika”. A warto powiedzieć, że prace nad tym albumem zakończyły się w listopadzie-grudniu 2017r., więc pomimo tego, że premiera odbyła się całkiem niedawno, to materiał jest przez nas mocno osłuchany (śmiech) i wciąż słucha się nam tej płyty bardzo dobrze. Od samego początku pracy nad tym albumem wiedziałem, że będzie on inny od pozostałych, miałem wrażenie, że dwa poprzednie krążki były niezbędnym elementem drogi, którą wykonać trzeba, aby ukształtować formę, którą wymarzyłem sobie w 2013r. tj. kiedy zacząłem myśleć o założeniu AE. Poprzednie płyty obrazują ewolucję, którą jako artysta z korzeniami punkowymi - rockowymi musiałem przejść, aby nauczyć się – nie boję się tego słowa – tworzyć muzykę elektroniczną, w której moc nie pochodzi na wprost od zbyt głośnej i przesterowanej gitary (śmiech). AE to dla mnie jako twórcy nieskończona lekcja pokory.

Tuż po premierze, ni stąd ni zowąd pojawiła się informacja, że Wasze szeregi uszczuplił Kuba May, który wtopił się za to w The Analogs. Co się stało i kto zajmie jego miejsce - kim jest nowy zawodnik?

Może w „mediach” wyglądało to na „ni stąd ni zowąd” (śmiech), ale my wiedzieliśmy o tym wcześniej i na chłodno zaplanowaliśmy to tak, aby nie wywrócić trasy i działań promocyjnych związanych z „Przemytnikiem”. Wiesz, Kuba to zawodowy perkusista, który z grania muzyki utrzymuje rodzinę i zdarzył się moment, w którym dostał propozycje nie do odrzucenia. Rozumiejąc to wszystko zaczęliśmy już wcześniej poszukiwania perkusisty i znaleźliśmy Kacpra Witka, którego określamy jako młodą krew, która jest nam potrzebna szczególnie na koncertach, kiedy konieczne jest wykrzesanie niezbędnych pokładów energii. No i na to liczymy w przypadku Kacpra – a już niedługo sprawdzimy to na własnej skórze, bo za kilka dni pierwsze koncerty. Jestem bardzo ciekaw i pełny nadziei.


Wracając do „Przemytnika”, jaka idea przyświecała powstaniu nowej płyty, co tym razem chcieliście osiągnąć, przekazać? A może najzwyklej w świecie chcieliście nagrać kilka nowych kawałków, ot co.

Pod względem muzycznym to na pewno głównym celem było stworzenie w stu procentach elektronicznej płyty. Kierunek brzmienia i charakteru jaki chciałem osiągnąć wyznaczył mi ostatni numer na płycie „Ziemowit”, „Kropka na z” - był to również ostatni numer, który powstał na sesji nagraniowej do tej płyty. Mam takie doświadczenia, że ostatnie kawałki na płycie wyznaczają kierunek następnej płyty, bo są z reguły uwieńczeniem sesji nagraniowej, kiedy można już pozwolić sobie na lekki eksperyment, którego efekty często stanowią ładunek pozytywnego rozczarowania. Ten syntezatorowy utwór pokazał mi po raz pierwszy jak ma wyglądać moje elektro, takie jak sobie wymyśliłem i takie jakie pamiętam z lat młodości, w których pierwszy raz zetknąłem się z muzyką na poważnie i w pełni. Chciałem też, żeby „Przemytnik” był płytą równą pod względem brzmienia, ale również kompozycji, dlatego też selekcja utworów na „Przemytnika” trwała długo.
Pod względem tekstowym kontynuowałem natomiast wyznaczony kierunek autobiograficzny. Idąc tym torem „Przemytnik” ma za zadanie pokrycie kolejnego okresu mojego życia, który zdobył tym samym swoistą ścieżkę dźwiękową. Tym razem padło na okres, który po części pokrywał się z czasem opisywanym na „Ziemowicie” i dotyczył końcówki lat studenckich, ale trwał znacznie dłużej. No i co tu powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć (śmiech) ten okres związany był z moją działalnością na stadionie dziesięciolecia – wiesz tym dawnym stadionie, przed Euro 2012. Ten stadion zastępował wówczas YouTube, Allegro i Google razem wzięte – dam było wszystko i wszyscy. Magiczne miejsce, po którym jak po wielu miejscach Warszawy nie ma już śladu.

Dlaczego w ogóle „Przemytnik” - co kryje się w znaczeniu tego tytułu?

Kontynuując wątek „jakby tu powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć” należy wspomnieć, iż pierwszą dobrą pracę znalazłem właśnie na stadionie dziesięciolecia, a właściwie to w jego okolicy. Pracowałem z Wietnamczykami i sprzedawałem skarpetki i staniki, uwaga! na dworcu wschodnim w nocy. To była inna Praga niż dzisiaj – nie tak bezpieczna jak dzisiaj (śmiech). Nie zapomnę nigdy swojej miny, gdy po weekendzie pracy otrzymałem więcej pieniędzy niż za trzy miesiące stypendium naukowego, na które musiałem zainwestować bardzo dużą ilość bezcennego czasu. To był moment, w którym zacząłem rozumieć, że prawdziwy świat i prawa nim rządzące różnią się bardzo od ideałów, które kłębią się w głowie młodego człowieka ze wsi, który wylądował w Warszawie. Z czasem poznałem środowisko ludzi związanych z handlem na stadionie i spędziłem tam kilka ładnych i cennych lat. Mogę śmiało powiedzieć, że doktorat oraz studia MBA nie nauczyły mnie więcej o ekonomii niż stadion właśnie. A wracając do Twojego pytania, to słowo „przemytnik” świetnie pasuje do tamtego okresu mojego życia dlatego też stało się ono tytułem tego albumu. A w tekstach odnaleźć możesz wiele konotacji do różnych momentów z tamtego okresu, do którego podchodzę z nostalgiczną perspektywą np.: „ (…) mój alkohol już nie zamarza na twoim balkonie, choć ze stadionu był, smakował lepiej niż ten legalny dziś”.

Muzycznie nowy materiał wydaje się być bardziej atmosferyczny, elektroniczny, ale też i bardziej wyrównany. Jak to skomentujesz, mając na względzie również wcześniejsze wydawnictwa?


Mam podobne odczucia i jestem pewien, że jest to kwestia umiejętności komponowania na potrzeby aranżacji elektronicznych, które przez te kilka lat trwania AE nabyłem. Oczywiście im więcej przypisuję sobie zasług tym bardziej się mylę (śmiech), gdyż to, jak ta płyta brzmi to wynik skomplikowanej ale owocnej i wielowymiarowej współpracy, zarówno z duetem producenckim Państwa Srzednickich (Robert i Magda – studio Serakos) oraz Pawłem Kowalskim, którego oldskulowe syntezatory i pomysły wpłynęły na muzyczny kształt „Przemytnika”.

Przy okazji „Cienie widzę”, wokalnie wspiera Cię pewna niewiasta. Któż to? Tak na marginesie, według mnie ten utwór wprowadza nowe elementy do twórczości AE.

przemytnikUsłyszeć tam można właśnie Magdę Srzednicką (studio Serakos). Należy wspomnieć, że Państwo Srzedniccy wielokrotnie wspomagali Administratorra tzw. chórkami i to już od wielu lat. W tym utworze usłyszeć można właśnie ją, ale należy wspomnieć, iż na Przemytniku wspomagali mnie wokalnie również Robert Srzednicki oraz Paweł Kowalski.
Cienie widzę to ważny utwór na tej płycie, aranżacyjnie prosty od samego początku wręcz skromny, ale z charakterystycznym pulsem, który na samym końcu obudowany jest już solidnym aranżem – bardzo lubimy grać ten utwór na koncertach. A tekstowo to dotyczy on pewnej długiej nocnej pieszej podróży w lesie z plecakiem wypełnionym skarbami ze stadionu (śmiech).

Nie wiem jak odbierają inni Wasze romansowanie z muzycznymi stylizacjami rodem z lat 80 – chodzi o charakterystyczne zastosowanie elektroniki. Mnie ta formuła jak najbardziej przekonuje, ale powiedz skąd u Was takie skłonności?

Taka forma zastosowania muzyki elektronicznej na potrzeby aranżacji, której źródła są niewątpliwie rockowe, jest dla mnie naturalnym rozwiązaniem. Ta skłonność do takiego, a nie innego zastosowanie elektroniki jest w pewien sposób wbudowana w muzyczne DNA osób, które pod koniec lat osiemdziesiątych interesowały się takimi zespołami jak Depeche Mode, OMD oraz zimną falą. Dlatego też uważam, że ten nasz romans to w żadnym przypadku nie mezalians, ale szczera miłość, którą odczuwa znaczna część środowiska alternatywno-rockowego.

Zanim nastąpiła premiera płyty, w pewnych odstępach czasu ukazały się dwa klipy. Pierwsze ukazało się wideo do genialnej (wg mnie) kompozycji „Rzepak”, a chwilę później światło dzienne ujrzały „Niewybuchy”. Powiedz coś więcej o perypetiach ich powstania, pomysłach i ich realizacji.


„Rzepak” to bardzo sentymentalny numer, którego akcja rozgrywała się w realiach moich rodzinnych stron z tą różnicą, że akcja rozgrywała się parę lat później niż w przypadku chwil prezentowanych na pierwszej płycie AE, która w całości poświęcona była mojej młodości. Ten kawałek przypominał mi pod wieloma względami utwór Zgorzelecka i zapragnąłem aby zdjęcia kręcone były w rodzinnych rejonach. Dzięki splotowi wielu okoliczności udało się wykonać ten plan i na teledysku zobaczyć można sceny kręcone w rodzinnych Sławnikowicach, z czego jestem prywatnie dumy. Plan był taki, żeby zrobić wakacyjny refleksyjny klip no i jak to bywa wyszło zgoła inaczej i zobaczyć można dość psychodeliczny obraz z duchami w tle i bez happyendu (śmiech), ale i tak uważam, że jest to jeden z naszych najlepszych wideoklipów.
Co do „Niewybuchów” to w tym przypadku zostawiłem wolną rękę reżyserowi i scenarzyście Tomkowi Pieniakowi, który odpowiedzialny był również za klip do „Rzepaku”. Tomek bardzo zaangażował się w stworzenie historii cyber punkowej osadzonej w realiach PRL-u, co do koncepcji muzyki z lat osiemdziesiątych wydało mi się bardzo atrakcyjne. Dużym zaangażowaniem Tomek zaraził bardzo dużą grupę ludzi, co w konsekwencji sprawiło, że udało się uzyskać bardzo profesjonalny i oryginalny efekt. No bo przyznasz, że rozwiązywanie kryminalnej zagadki „zabójstwa” androida w realiach PRL-owskiej Polski to dość świeży temat.
Podsumowując to do kwestii teledysków przykładałem o wiele większą wagę niż przy poprzednich produkcjach.

Jeżeli chodzi o teksty, jak poprzednio tak i tym razem w głównej mierze wydajesz się bazować na własnych doświadczeniach, wspomnieniach z przeszłości. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile fikcji? I kim jest u licha Aśka wspomniana w utworze „Jowisz” (śmiech)?

Autobiograficzne historie, tak jak już wcześniej mówiłem są bazą wyjściową dla Przemytnika. Z tym, że staram się kontynuować rozpoczęty na Ziemowicie sposób pisania, który nie jest wyłącznie oparty na reportażowym podejściu do tematu. Uważam, że w muzyce elektronicznej ważna jest swoista głębia oraz przestrzeń, dlatego chciałem aby słowa były bardziej kolażem przeżytych chwil, a nie sztywno określoną sekwencją zdarzeń. Dzięki temu podejściu możliwości interpretacji tekstów dla słuchaczy są moim zdaniem nieskończone i dzięki temu idealnie uzupełniają brzmienie elektroniki.
Rozumiem, że pijesz do fragmentu: „(…) że to co mówię jest tak płaskie, że przy tym nawet Aśka piesi ma”. Odpowiem parafrazując biesiadny szlagier „Aśka miała fajny biust” – i to na tyle (śmiech).

W dalszym ciągu nie stronisz od wtrąceń tematycznych z przeszłości. Robisz to w taki sposób, że człowiek sam przypomina sobie pewne zdarzenia z dzieciństwa (klimat podwórkowy rodem z lat 80). Jak do tego dochodzi?

To już chyba taka maniera, która wyostrza się u mnie z wraz upływem kolejnych wiosen. Koncentrowanie się na młodości jest w miarę prostym sposobem na uzyskanie melancholijności i prostoty, którą lubię w tekstach. I to chyba dlatego, że moja prawdziwa młodość kojarzy mi się głównie z latami 80-tymi to właśnie dlatego najprościej jest mi się odwołać do tych właśnie czasów. Uważam również, że swoista moda na „ejtisy”, która obecna jest zarówno w muzyce, w kinie, ale również w marketingu jest raczej spowodowana tym, że większość najaktywniejszych obecnie twórców wychowywało się właśnie w latach 80-tych i stosują oni tę samą prostą metodę co ja – czyli piszą i tworzą to co przychodzi im najprościej i dzięki temu jest prawdziwe.

Kontynuując temat zawartości lirycznej - pojawiały się narkotyczne wątki. Mam na myśli szczególnie otwierający „Nie stać mnie” oraz poniekąd „Koks”, który w moim odczuciu też zawiera takowe zabarwienie. Co Ty na to?

Gdzie jeśli nie na Przemytnika takie wątki powinny być poruszane (śmiech). Tylko oczywiście wszystko ma swoje korzenie i przyczynę. Dawno temu, w rozmowie z pewną bardzo znaną dziś osobą, poruszaliśmy temat różnic między życiem gwiazd rocka na zachodzie, a tym co u nas można doświadczyć mając taki status. No nie mogę powiedzieć, że ta osoba ten status naprawdę miała. No i tak po pewnym czasie i żaleniu się na naszą rzeczywistość padło to sławetne zdanie:
- Wiesz mnie nawet nie stać na kokainę.
I to mnie jakoś ruszyło, zapamiętałem dokładnie to zdanie i używałem w sytuacjach, gdy ktoś mnie pytał czy takową zażywałem (śmiech). Na marginesie kokaina jest w Polsce bardzo droga – trzeba być chyba milionerem, żeby wpaść w to gówno. Tak ironizując to można rzec, że oczami wyobraźni widzę te kolejki Mercedesów, Maybachów pod Lidlem, kiedy ogłoszą „tydzień Kolumbijski” (śmiech).



W porównaniu do dwóch wcześniejszych płyt, zmieniła się forma szaty graficznej. Jest na pewno mroczniej... Skąd pomysł na takowe zmiany? Można powiedzieć, że w tej materii dokonałeś całkowitej dominacji, bo to przecież Twoje zdjęcie zajmuje cały front (śmiech). Czy to oznacza, że w AE liczysz się tylko Ty, a reszta ma grać wyłącznie według Twoich reguł?

Trzeba zacząć od tego, że to na co patrzysz to przede wszystkim okładka płyty pt. „Przemytnik”, oczywiście jest to również zdjęcie, ale okładka to coś więcej bo mówi o całej płycie. W związku z tym co mówiłem o autobiograficznym charakterze płyty, swojej przygodzie na stadionie dziesięciolecia to pomysł na umieszczenie mojej facjaty na okładce stał się więc konieczny. Chociaż mamie się nie podoba. I trzeba powiedzieć, że jest mroczna na tyle, iż kilku dziennikarzy pomyliło płytę AE z płytą Behemotha, która również miała premierę tego samego dnia co nasza (śmiech).
Ja nie boję się mówić, że jestem odpowiedzialny za to co się dzieje w AE – bo tak jest. I dlatego szukam muzyków, którzy pomimo to albo wręcz właśnie dlatego czują, że są w zespole i że moja muzyka staje się również ich muzyką, że mój zespół staje się ich zespołem. Ja nie jestem typem despoty zespołowego, stawiam raczej na tzw. miękką komunikację, ale to nie znaczy, że nie jestem skuteczny (śmiech).

Powiedz jak wygląda u Was proces twórczy – na ile faktycznie jest to praca zespołowa? Najpierw powstaje muzyka czy też w pierwszej kolejności pojawia się pomysł na tekst. Jaki impuls zapala całą maszynę?

U nas jest prosto i na temat. Schemat wypracowany przez lata. Najpierw piszę muzykę i teksty – to jest najtrudniejszy i najdłuższy moment – od niego zależy jaka będzie płyta. Następnie nagrywam piloty (gitarę i wokal) i tutaj zaczyna się praca w studio. Po wsłuchaniu się w muzykę zaczyna się etap producencki, w którym powstają aranżacje elektroniczne utworów, ale aranże są wciąż otwarte. Następnie to co mamy przekazuje zespołowi, który dodaje od siebie różne smaczki – Paweł dodał wiele syntezatorów i ułożył chórki, a Kuba opracował i zagrał wszystkie utwory na akustycznych bębnach – ten zabieg nadaje świetnego brzmienia perkusji, która na płycie jest w 75 % elektroniczna. Tak było do tej pory, ale nie wiem czy tak będzie dalej (śmiech).

Od pewnego czasu występujecie w pidżamach. Skąd wziął się pomysł na takowy wizerunek sceniczny? Na koncertach senna atmosfera wszakże nie występuje.

Pomysł narodził się na sesji zdjęciowej do płyty „Ziemowit”. Następnie przebojem wdarł się na koncerty związane z promocją tej płyty i pozostał do dzisiaj. Pidżamy nadają występowi pewnego rodzaju intymność, która fajnie kontrastuje z energią, którą oddajemy na scenie, taki mały dysonans poznawczy. A poza tym jak się jest zmęczonym po sztuce to od razu można bez przebierania się kłaść się spać do busa (śmiech).

Kontynuując wątek koncertowy, czego można się spodziewać podczas nadchodzących koncertów? Macie jakiś niecny plan?

Na koncertach jesteśmy zespołem rockowym, czasami wydaje mi się, że gramy jakiegoś electropunka. Tak więc energia jest naszym przesłaniem. Na koncertach, które gramy indywidulanie zobaczycie również oprawę wideo, nad którą właśnie pracuję. Tak więc za każdym razem jest lepiej i podbijać będziemy bezwzględnie wszystkie mniejsze i większe sceny – nie bierzemy jeńców.

Poprzednie dwie płyty ukazały się w barwach Jimmy Jazz Records. Tym razem jednak zdecydowałeś się spróbować własnych sił jako wydawca. Co się stało i jak na chwilę obecną oceniasz to posunięcie?

MarmolTo taka czysta ciekawość była. Nowe doświadczenie i krok w nieznane, który za pewien czas podsumuje i zadam sobie pytanie czy warto. Wiesz, kiedy mówimy o solowym gitarowym Administratorrze to Jimmy Jazz Records jest naturalnym wydawcą tego projektu bo specjalizuje się w tym gatunku. Przy AE, a szczególnie przy „Przemytniku” to nie jest już takie oczywiste i dlatego postanowiłem wykorzystać okazję i stworzyć własny label Marmoladarecords. Lubię nowe wyzwania i Marmolada na pewno do takich należy.
Przy okazji nie sposób zapytać o inne Twoje projekty. Jakiś czas temu ukazał się teledysk Administratorr i co dalej? Jak przedstawia się wspólna kolaboracja z Lesławem, będzie coś więcej?
No nie da się ukryć, że od dłuższego już czasu pracuje nad Administratorrem. Brakować mi zaczęło gitarowego kopnięcia w plecy. Zresztą mówiłem od samego początku AE, że Administratorr prędzej czy później powróci, no i mija właśnie pięć lat od premiery krążka „Powierzchnie Wspólne” więc trzeba działać. Puściliśmy taką nieśmiałą zapowiedź tego, czego można będzie się spodziewać na nowej płycie, jest nią utwór pt. „Bal Samotnych Ciał”. Jestem aktualnie w trakcie nagrywania reszty materiału, który zostanie uwolniony w przyszłym roku.
A jeśli chodzi o „Piosenki o Warszawie” to też przyjdzie pora. Jesteśmy w nieustannych kontakcie z Lesławem. Komety teraz kończą pracę nad nowym albumem i mam nadzieję, że gdy zakończę pracę nad Adminem to nasze drogi się skrzyżują po raz kolejny.

Pewnie jeszcze na to za wcześnie, ale powiedz co dalej, jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość? Chodzi oczywiście o działalność muzyczną (śmiech).

Aktualnie promujemy „Przemytnika”, w studio kończę Administratorra. W przyszłym roku planujemy też wydać płytę live AE, która będzie zapisem naszego promocyjnego koncertu, który odbył się w studio Agnieszki Osieckiej w Warszawie (21.09.2018). No i myślę już o następnym AE i muszę powiedzieć, że mam świetny pomysł, którego jeszcze nie zdradzę. No i jeszcze Piosenki o Warszawie na horyzoncie – tak więc te plany jakoś się same układają.

Pytanie nieco poza muzyczne. Jak odbierasz to, co się dzieje obecnie w naszym kraju. Jesteś spokojny czy też obawy rozpieprzają Twój umysł, a zachodzące zmiany traktujesz jako zapowiedź końca świata, dyktatury totalnej (śmiech)? W sumie od zawsze w Twoich tekstach dało się wyczuć dezaprobatę wobec codzienności, dnia dzisiejszego, a i „...kutwy i debile...” jakoś tego nie ułatwiają.

Politycznie jestem wkurwiony i tu nie chodzi o wojnę polsko-polską czyli jedyną wojnę, którą na 100% wygra wreszcie Polska, ale o to, że nie potrafię odnaleźć bezpiecznego miejsca w dzisiejszej Polsce. Mówię o swoim bezpiecznym wewnętrznym miejscu – tam w środku, w Czesiu (śmiech). Ale powiem przewrotnie, że to co myślę o polityce nie jest raczej związane z kwestią moich poglądów politycznych. Wiesz, to co myślę aktualnie o polityce wynika z tego jaką osobą jestem, a jestem osobą, która nigdzie do końca nie pasuje chociaż bywa w wielu miejscach. Żeby to przybliżyć muszę chyba podać kilka przykładów. Kiedy zacząłem karierę naukową to nie pasowałem do kadry naukowej, której liczni przedstawiciele uważali, że zrobienie doktoratu i habilitacji to wyczyn, który świadczy o ich wyjątkowości. Ja wręcz przeciwnie, uważałem i głośno mówiłem, że to wręcz dość popularny wyczyn, ale wymaga niespotykanej wręcz siły woli i zaparcia, które bardzo szanuje. W sumie musiałem pójść swoją własną drogą omijając liczne wyimaginowane problemy środowiska, zdobywając jednocześnie w nim to, co jest do zdobycia czyli stopnie naukowe, publikacje itd. Podobnie jest z muzyką i środowiskiem muzycznym. Wiesz, bo tak naprawdę głównym czynnikiem twórczym AE, ale jednocześnie jego największym problemem jestem ja sam. Głównie dlatego, że uważam, iż moim największym osiągnięciem muzycznym jest to, że nie żyje z muzyki. To moim zdaniem wyklucza mnie w pewien sposób z bycia częścią tego środowiska – przynajmniej na teraz. Uważam, że w moim przypadku sprowadzenie muzykowania do aspektów finansowych sprawiłby, że albo nie robiłbym takiej muzyki jaką robię, albo nie robiłbym jej wcale bo by nie było mnie na to stać. Jednak kocham muzykę i tworzę ją dalej bez względu na to czy jestem częścią środowiska muzycznego czy wręcz odwrotnie.
I podobnie jest chyba z tą dzisiejszą Polską i dzisiejszym mną. Chcę być częścią tego kraju i kocham go miłością własną, którą uprawiam bez zabezpieczenia i z pełną świadomością, ale nie zmienię tego, że widzę aktualnie rzeczy, które sprawiają, iż na ten czas muszę iść własną drogą aby czuć się po prostu Polakiem.

No i pytanie na topie (śmiech?) „Kler” widział? Ja po torturach autorstwa Pana Vegi nie mam ochoty na żaden polski film. Na tym przykładzie świetnie widać, że w rodzimej kulturze coraz bardziej zadomowia się banał, prostactwo, wulgarność (ogólnie wielkie gówno). Jakoś to skomentujesz?

Może kiedyś obejrzę, ale raczej do kina się nie wyrobie. Całe to zamieszanie pokazuje tylko jak bardzo tabloidowa staje się nasza kultura również w wydaniu narodowym. Z drugiej strony taki jest kierunek zmian w kulturze masowej. Można z tego powodu ubolewać, ale radzę raczej się adaptować żeby móc szerzyć piękno.

Jak oceniasz sytuacje na rodzimej scenie muzycznej. Myślisz, że koniunktura jest dobra czy też wręcz przeciwnie? Zdania w tym temacie są podzielone.

Odkąd zajmuję się muzyką, a to już 16 lat to słyszę jedno od początku: „teraz do jest już na rynku zapaść, kiedyś to było fajnie, wszyscy szanowali twórców i kupowali muzykę, a zobaczysz będzie jeszcze gorzej…” I tak jest cały czas. Nie wiem jak jest naprawdę, ale wydaje się, że każdy komu się kiedyś udało w branży miał momenty najlepsze, które już nie powrócą i dlatego każda gorsza opcja jest powodem do tego typu sądów.
Według mnie to co dzieje się na rynku muzycznym jest pochodną kapitalistycznych zasad kumulacji dóbr. Co za tym idzie bogaci są coraz bogatsi i posiadają coraz więcej rynku, ci co mieli mniej to mają jeszcze mniej, a najbardziej cierpi klasa średnia, która jest jedyną grupą której można coś zabrać. Tym wytłumaczyć mogę sobie aktualne trendy koniunkturalne.
Ciekawi mnie natomiast przyszłość tego rynku. Bo uważam, że świat muzyczny jaki znamy nie jest w kryzysie on jest na etapie transformacji. Ta transformacja będzie trwała do momentu, aż zostanie on całkowicie opanowany przez pokolenie, które nie pamięta realiów sprzed streamingu. Rynek jaki znamy musi się skończyć, bo jest przestarzałym symbolem dawnego świata. Również formy muzykowania znane jeszcze z XX wyginą w naturalny sposób wraz z naszym pokoleniem. I jak tu się kopać z tym koniem? (śmiech). Oczywiście to jeszcze potrwa kilkadziesiąt lat, tak więc jeszcze kilka dobrych płyt powstanie.



Gracie muzykę, która na polskie obecne realia jest dość nietypowa. Odbiega od panujących standardów, które niestety nie są za wysokie.. (śmiech). Co Ty na to?

Pani Profesor Ewa Nowicka (antropolog) mówiła mi zawsze, że jeśli coś jest nietypowe to ewolucja określi to z czasem jako niepotrzebne (śmiech). Ufam jej celnemu spostrzeżeniu, ale to może oznaczać, że nasza muzyka jest niepotrzebna – i biorę do pod uwagę. Ja staram się szukać dobrych stron dotyczących naszej nietypowości i pozostaje mi się cieszyć z tego, że muzyka nie musi być komercyjna, bo wtedy miałbym prawdziwy problem (śmiech). Jestem zdania, że aktualnie większość artystów w Polsce boryka się z problemem, że nikt nie czeka tak naprawdę na ich nową muzykę i jeśli ktoś ma jakieś stare przeboje to czuć się może mimo wszystko w miarę spokojnie, ale Ci co pracują właśnie nad tym, aby te przeboje stworzyć to mają wielki problem.

Wspominałem Ci przy innej okazji, że Wasza muzyka trafia do dzieci (moje pociechy uwielbiają Wasze nuty, szczególnie kawałek „Dżdżownice”). Może jest to jakiś pomysł na projekt stricte adresowany do młodego słuchacza?

Do tworzenia muzyki dla dzieci muszę jeszcze dorosnąć, ale przyznać muszę, że w taki sposób jeszcze nie myślałem o koncepcie na nową płytę (śmiech).

Czego w ogóle słuchacie na co dzień? Co jest wasza inspiracja muzyczną, o ile w waszym przypadku coś takiego ma miejsce.

Nie będę wypowiadał się za kolegów, ale ja słucham głównie bardzo nowych zespołów – młodzieżowych, takich Pearl Jam, Faith No More, Nirvana (śmiech). A tak poważnie to słucham wszystkiego na co mam czas, a mam go bardzo mało.

Być może nie jest to dla Ciebie w ogóle istotne, ale chciałbym Cię zapytać o granicę artystycznego wyczucia, przekroczenia pewnych granic. Czy według Ciebie są jakieś ograniczenia czy też w kulturze mnie ma granic? Pytam, bo osobiście mam mieszane uczucia wobec tego, co od pewnego czasu wyczynia entuzjasta penisowych ukrzyżowań, Pan Darski. Zdaje sobie sprawę, że robi to celowo, ale czy takie praktyki są konieczne? Z drugiej strony profanowanie przez niego wartości to jak kopanie leżącego, w sumie zero konsekwencji.. co innego podnieść rękę na islam, ale W tej materii śmiałków brak. Co Ty na to?

Kultura dla mnie do głównie ramy, a sztuka jest formą przenikania przez nie. Tym nie mniej to, co robi Pan Darski to pewnego rodzaju kreacja, która mnie już przestała szokować. Niestety uważam, że droga, którą wybrał Pan Darski wymaga tego typu zabiegów, tylko musi on uważać żeby nie przegiąć, bo szokowanie ludzi w dzisiejszych czasach jest coraz trudniejsze, a żeby obrazić ludzi trzeba coraz mniej. Ale kim ja jestem, żeby go pouczać, jedyne co wymyśliłem do szokowania publiczności jest ubranie pidżam na scenie (śmiech).

Na koniec typowo do bólu – jakieś przesłanie do czytelników Rock Area? Choć każda Wasza płyta była recenzowana na naszych łamach to może jest coś, co chciałbyś powiedzieć? Np., że recenzje te są do dupy (śmiech).

Jeśli ktoś przeczyta ten cały wywiad w całości i jeszcze po tym uzna, że toleruje jego treści, to proszę o pilny kontakt na priv, bo chciałem powiedzieć, że specjalnie dla niej/dla niego powrócę do prowadzenia psychoanalizy.

A tak poważnie to bardzo się cieszę, że Rock Area przez te wszystkie lata trwa przy tak nietypowym zespole jak Administratorr Electro.

Dzięki za poświęcony czas i na 99% do zobaczenia na koncertach!

Pytał: Marcin Magiera
Komentarze