07.06.2020
RECENZJE
IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence

RUNNING WILD - Crossing the Blades Ep.

FREN - Where Do You Want Ghosts To Reside

KEEP ROCKIN' - Seismic Shift

EDDIE MULDER - Victory

DIAPOSITIVE - Give Me A Ride

TRANQUILLIZER 247 - Dziesięć

FIREWIND - Firewind

PARADISE LOST - Obsidian

FORCE OF PROGRESS - A Secret Place

KOMETY - Alfa Centauri

RESTLESS - Miasto Grzechu

THE BOOMTOWN RATS - Citizens Of Boomtown

KRZYSZTOF CUGOWSKI – 50/70

AUTOMB - Chaosophy

MUZOZOIC - Jazock?

NAKED ROOT - The Maze

CARNAL FORGE - Gun To Mouth Salvation

IKONODRAMA - Etched in the Spirit

THE MURDER CAPITALS - When I Have Fears

ABYSAL (THE ADAM JURCZYŃSKI PROJECT) - Return To The Live

DEPECHE MODE - Ultra

DELFINIA - Deep Elevation

ŁYDKA GRUBASA - Socjalibacja

IN2ELEMENTS - Cycles

JOHNOSSI - Torch//Flame


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - H » HOSTIA - 2018 - Hostia
HOSTIA - 2018 - Hostia

HOSTIA - Hostia


HOSTIA - Hostia

01. Corroded Cross
02. Heretic's Last Dance
03. You Gonna Die
04. Holy Extortion
05. Home Rough Home
06. Black Parasites
07. Egodist
08. I Will Not Follow
09. Killed By Life [All Hail Lemmy]
10. Leatherface Kiss
11. War Puppets
12. Not Really A Christian Song
13. Karl's Delicatessen

Rok wydania: 2018
Wydawca: Via Nocturna
https://www.facebook.com/hostiaband/





Tegoroczna aura wyjątkowo długo rozpieszczała nas swą łagodnością i sporą ilością słońca, co nie sprzyjało łatwemu popadaniu w przesadną melancholię czy najzwyklejszą jesienną deprechę. Komu jednak doskwiera apatia i nuda dnia codziennego, a brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś, temu proponuję coś, co wnet zdejmie z barków ciążące odium marazmu. Słowem, coś, co w mig postawi na nogi, a i pozostałym też przysporzy mnóstwo wyśmienitej zabawy. Tym panaceum jest właśnie Hostia. Nowy zespół na rodzimej scenie, w sile czterech jegomości, którzy nadmiar emocji i energii spożytkowali w wielce właściwy sposób, czego efektem jest debiutancki album pod tym samym tytułem.

Podobnie jak w przypadku niedawno recenzowanego Indignity, tak i tutaj ciekawa okładka wyszła spod ręki Łukasza Pacha, a na niej niegodni kościelni hierarchowie o niewybrednych grymasach i mocno zniszczonej aparycji. Cóż, nimbem świętości Hostia raczej pochwalić się nie może, ale i tak ma powody do zadowolenia, chociażby w postaci rzeczonego wydawnictwa.

Zespół stroni od ujawnienia danych personalnych, co obecnie nie jest zabiegiem szczególnie rzadkim i wzbudzającym sensację. Pojawiają się mniej lub bardziej uzasadnione pogłoski co do składu grupy, zwłaszcza, jakoby na wokalu udzielał się wyżej wymieniony autor grafik zdobiących płytę. Plotki plotkami, ale ważniejsze od „kto?” jest „jak?” się prezentuje. Odpowiedź jest prosta: znakomicie. Niezwykle żywiołowo i głośno. Konkretnie i na temat. Bez przestojów, wolnych temp i mdłych akcentów. Bez poczucia męczącej i wydumanej kontrowersyjności, połączonej z nudną muzyczną papką jak w przypadku Ghost. Bez dziwnych satanistycznych wynaturzeń, nużących jękami i urojonymi męczarniami z dna piekieł, jak ma to w zwyczaju wiele black metalowych kapel. Tu wszystko jest w porządku.

Ogólnie rzecz ujmując, stylistykę Hostii określić można jako szeroko rozumiany grindcore. To właściwe określenie, jednak zaznaczyć trzeba, że nie jest to stricte jednolity materiał, który przez cały czas brzmi dokładnie tak samo. Zawarta w nim mieszanka, a raczej dodatki różnych stylów, są zauważalne, a dokładniejszym opisem zapewne będą tagi z bandcampu grupy: „death metal, groove metal, metal, goregrind, grindcore, hardcore”. Wszystko idealnie ze sobą wymieszane i podane w interesującej formie. Nie znaczy to, że „Hostia” opiera się na zestawianiu kontrastów. Utwory są mniej lub bardziej zróżnicowane, ale bez przesady - pasują do siebie, płynnie przechodząc z jednego w kolejny. Nie ma tu podziału całości na wyraźne, łączone na siłę części. Nie uświadczy się także eksplozji pojedynczych hitów z dodatkiem zwykłych wypełniaczy, wydłużających czas trwania albumu. Ostrzał jest zmasowany od początku do samego końca, a wszystkie utwory równie dobre. Mimo to, warto wspomnieć o „Killed By Life [All Hail Lemmy]”, czyli Motörhead w goregrindowej wersji oraz „Not Really A Christian Song”, w którym zawołanie wokalisty przypomina elvisowe „One for the money, two for the show (...)”. Hostia, to szybka rozwałka w trzynastu błyskawicznych odsłonach, a każda z nich tłucze twardo w łeb jak klasyczne rowerowe „OTB”. Z tym, proszę Państwa, przychodzi się mierzyć słuchając niniejszego wydawnictwa.

Album jest całkiem przystępny w odbiorze i chłonie się go z łatwością. Być może dlatego, że trwa zaledwie dwadzieścia jeden minut. Oczywiście trzeba być zwolennikiem takich klimatów, bo dźwięki płynące z płyty nic a nic nie przystają do spokoju niedzielnej sumy. Wprost przeciwnie, są jak piekielny rock’n’roll. Poza pierwszymi piętnastoma sekundami atakują i drażnią skutecznie, a co najważniejsze - nie irytują i nie przeszkadzają, lecz sprawiają dużo przyjemności. To doskonale opracowany materiał, o ”nader pobudliwym usposobieniu” jak pisał Poe. Rewelacyjnie brzmi i wbrew jego niepokornemu charakterowi, tak samo dobrze się go słucha.

9/10

Robert Cisło

Komentarze