15.12.2019
RECENZJE
DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - J » JUDAS PRIEST - 1997 - Jugulator
JUDAS PRIEST - 1997 - Jugulator

JUDAS PRIEST - Jugulator


JUDAS PRIEST - Jugulator

01. Jugulator
02. Blood Stained
03. Dead Meat
04. Death Row
05. Decapitate
06. Burn In Hell
07. Brain Dead
08. Abductors
09. Bullet Train
10. Cathedral Spires

Rok wydania: 1997
Wydawca: SPV
http://judaspriest.com/




Okres, w którym stanowisko wokalisty Judas Priest piastował Tim „Ripper” Owens jest powszechnie uważany za najsłabszy w karierze brytyjskiej legendy heavy metalu. Czy słusznie? Ja uważam, że tak. Choć spośród albumów wydanych w tym okresie (a są to 2 płyty studyjne i 2 koncertowe) da się wyciągnąć kilka plusów, to jednak mierność co poniektórych wydanych wtedy nagrań definitywnie utwierdza w przekonaniu, że jedynym słusznym frontmanem Księdza Judasza jest Rob Halford. Zarówno w roli wokalisty jak i kompozytora.

Jego ówczesny następca na omawianej pierwszej płycie Judasów ze swoim udziałem, „Jugulator”, nie miał bowiem żadnego wkładu w komponowanie (cały materiał firmują Glenn Tipton i K.K. Downing), a i należący do niego głos nie do końca pasuje do stylistyki grupy. Zresztą ona także uległa tu przemianie. Obaj gitarzyści pragnęli zmian. Nie tylko dlatego, aby podkreślić rotację za mikrofonem. Zmieniały się czasy i mody, zaczynał dominować nu metal, wciąż jeszcze mocno się trzymał grunge. Angielscy mistrzowie byli świadomi tego, że wkrótce mogą okazać się przestarzali, wobec czego postanowili odświeżyć brzmienie i spróbować je przystosować do gustów nowej generacji fanów ciężkiego rocka.

Kakafoniczne intro tego albumu rzeczywiście jest podobne do tych wiązanek, które na swoich płytach prezentowały w tamtym czasie takie grupy jak Korn czy Limp Bizkit. Wchodzą złowieszcze dźwięki gitar o obniżonym stroju. Z początku głos Owensa jest przetworzony, w końcu słyszymy jego czysty wokal. Brak Halforda od razu zaczyna boleć, falset jego następcy nie jest nawet w połowie tak dobry. Utwór tytułowy, bo o nim mowa, ma nawet całkiem dobry riff i jeszcze lepszą solówkę. W jej trakcie słuchacz może sobie na chwile przypomnieć, że to wciąż Judas Priest, jednak zaraz potem znów słychać Owensa i cały czar pryska. Żeby nie było: to świetny wokalista, cenię jego poczynania w Iced Earth i u boku Yngwiego Malmsteena, jednak w szeregach kwintetu z Birmingham nie radził sobie w ogóle. Jestem ciekaw jaki wokal dopasowałby Halford do drugiego w kolejności „Blood Stained”. Ten z kolei kawałek brzmieniem i budową przywodzi na myśl dokonania popularnej wtedy Pantery, z okolic „Cowboys From Hell”. Mógłby być naprawdę interesujący, gdyby tylko za mikrofonem stanął Bóg Metalu. „Dead Meat” zaczyna się powarkiwaniem jakiegoś groźnego stwora, najprawdopodobniej przedstawionego na okładce, tytułowego Jugulatora. Gitary w tym numerze nieco kojarzą się z tym co Tipton i Downing upichcili na „Painkillerze”. Refren jest całkiem przebojowy, a wokal Owensa nawet znośny. „Death Row” również rozpoczynają niepokojące odgłosy, na tle kolejnego dźwiękowego kolażu słyszymy dźwięk dzwoniącego telefonu i fragment rozmowy, najprawdopodobniej między skazanym na śmierć a jego ojcem, który mówi mu, że musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Sam utwór? Taki sobie. W solówce Tipton nadużywa wah-waha, a przesadzenie z tym efektem drażni w każdym przypadku. „Decapitate” jest wtórny i wymęczony. Tutaj solo jest już całkowicie przetworzone. O ile na albumie „Turbo” syntetyczne nakładki na gitarach (a nawet syntezatory gitarowe) były znośne, to tutaj są zdecydowanie nie do strawienia. Miejscami ma się wrażenie, że gitarowy duet, dotąd wszechmogący, nagle się wypalił i chwyta się przysłowiowej brzytwy. Jedynym numerem, który podoba mi się na „Jugulator” w całości jest „Burn In Hell”. W jego początkowej części zastosowano efekt długiego crescenda. Kolejne instrumenty wchodzą miarowo, a wykrzykując frazę „it’s time to burn in hell!” Owens najbardziej na tej płycie zbliża się do maniery Halforda. Niestety, ten kawałek jest absolutnym wyjątkiem. Poczucie wypalenia się weny gitarzystów przywraca „Brain Dead”, kolejny kawałek rozpoczynający się dodatkowymi odgłosami, tu mamy pisk opon, potem wypadek, odgłosy syren policyjnych, tym razem prawdziwych, a nie wygenerowanych przez gitary, tak jak w „Breaking The Law”. Na gitarze zimitowano natomiast pojawiający się w środku odgłos respiratora. Muzycznie to ciężki, ale niestety też ociężały walec, równie nijaki co „Decapitate”. W „Abductors” głos Owensa bardziej przypomina Kinga Diamonda niż Halforda, zarówno przy falsetach jak i przy twardych, niskich partiach. Jednak Król również jest tylko jeden, a jak wiadomo kopia nigdy nie będzie oryginałem. W „Bullet Train” najbardziej słychać próbę wpasowania się w nu metalową modę, jest tu kilka typowych dla tego nurtu smaczków, np. dialogi wokalu prowadzącego z chórkami czy pojawiająca się w pewnym momencie niby-rapowanka. Wieńczący płytę „Cathedral Spires” jako chyba jedyny numer z tego albumu cieszy się estymą pośród ogółu fanów grupy. Balladowa pierwsza część tej kompozycji rzeczywiście jest naprawdę udana. Jej rozwinięcie też jest w porządku, miejscami przypomina to hymny spod znaku Manowar, a akurat Erica Adamsa Owens przebija zdecydowanie.

Jedynym muzykiem Judas Priest, który zasłużył na tej płycie wyłącznie na pochwały jest perkusista Scott Travis. Szczególnie fajne są jego kanonady na podwójnej stopie w numerze tytułowym i „Bullet Train”. Warto tu przypomnieć, że „Jugulator” to dopiero drugi album grupy z byłym muzykiem Racer X na pokładzie. Po swoim efektownym wejściu na „Painkiller” pokazał klasę także na tej, w gruncie rzeczy marnej płycie. Historia rocka zna kilka takich przypadków, gdy dobry bębniarz był w stanie swoją grą znacznie podnieść wartość słabych kompozycji, ten album jest jednym z nich.

Po wydaniu „Jugulator” Judas Priest po raz pierwszy zaprezentował się przed polską publicznością, miało to miejsce na deskach katowickiego Spodka w ramach Metalmanii ’98. Ów fakt również jest przykładem. Przykładem tego, że w zasadzie nigdy nie mieliśmy szczęścia do załapywania się na koncerty gwiazd rocka w ich najsłynniejszych składach. Klasyczny skład grupy (mam tu na myśli ten z „Painkiller”, czyli Halford-Tipton-Downing-Hill-Travis) w ogóle nigdy nie zaprezentował się w naszym kraju. Było to planowane w 2005 roku, lecz nie doszło do skutku z powodu żałoby narodowej po pewnej znanej osobistości. Ale to już temat na inną opowieść.

4/10

Patryk Pawelec
Komentarze