25.04.2019
RECENZJE

• MELANIE MAU & MARTIN SCHNELLA - Pieces To Remember
• YNGWIE MALMSTEEN - Blue Lightning
• CELESTY - Mortal Mind Creation
• MARILLION - Seasons End
• LOCUS TITANIC FUNUS - Never Pretend
• JORDAN RUDESS - Wired For Madness
• NONAMEN - Interior's Weather
• DRAGONHAMMER - Time for Expiation
• KAREN O & DANGER MOUSE - Lux Prima
• SPITFISH - Penny Dreadful
• IN THE WOODS... - Cease The Day
• RAUHNÅCHT - Unterm Gipfelthron
• MECHANISM - Entering The Invisible Light
• TRACES TO NOWHERE - Up To The Sun
• DREAM EVIL - DragonSlayer
RELACJE Z KONCERTÓW
relacja

• BATTLE BEAST, ARION - Poznań
• RPWL - Piekary Śląskie
• BULLET FOR MY VALENTINE - Warszawa
• MYSTERY - Piekary Śląskie
• U.D.O., RED PARTIZAN, KISS OF THE DOLLS, - Warszawa
• SIENA ROOT, HIGHWAY - Piekary Śląskie
• OVERKILL, DESTRUCTION, FLOTSAM & JETSAM, CHRONOSPHERE - Wrocław
• HAKEN, VOLA, BENET KNEE - Kraków
• KLASZ OV THE SEJTANS XIV - Warszawa
• PAUL MCCARTNEY - Kraków

więcej relacji

WYWIADY
wywiad

• BLACK RIVER - Piotr Wtulich
• THE BLACK WATER PANIC PROJECT
• MARTY FRIEDMAN
• POKERFACE - Xen Ritter
• KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI - Jacek Hiro
• LORIEN - Inga Habiba
• LEASH EYE - Opath
• NOCTI

więcej wywiadów

ARTICLES IN ENGLISH

• POKERFACE - Xen Ritter - Interview
• ALEX SKOLNICK - Interview
• MARTY FRIEDMAN - Interview
• KAIPA - Hans Ludin - Interview
• NIGHTMARE - Matt Asselberghs - Interview
• IRON MASK - Dushan Petrossi - Interview

more articles


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - O » OZZY OSBOURNE - 1991 - No More Tears
OZZY OSBOURNE - 1991 - No More Tears

OZZY OSBOURNE - No More Tears


OZZY OSBOURNE - No More Tears

1. Mr. Tinkertrain
2. I Don't Want to Change the World
3. Mama, I'm Coming Home
4. Desire
5. No More Tears
6. S.I.N.
7. Hellraiser
8. Time After Time
9. Zombie Stomp
10. A.V.H.
11. Road to Nowhere

Rok wydania: 1991
Wydawca: Epic Records
https://www.ozzy.com/






Ozzy Osbourne jak mało kto zasłużył na miano żywej legendy rocka. Tyle razy żegnał się już z publicznością zarówno jako solista jak i jako członek Black Sabbath. Zaliczył też wiele wzlotów i upadków, które bez wątpienia w dużej mierze decydowały o jakości jego kolejnych albumów. Niedawno stuknęła mu siedemdziesiątka, a on nie zamierza zwalniać. Tym razem postanowiłem zaprezentować płytę w dyskografii Księcia Ciemności szczególnie ważną. Longplay, którego powstanie było okupione szeregiem cierpień, zarówno samego Ozzy’ego jak i jego najbliższych i współpracowników. Krążek, który na nowo ugruntował jego pozycję w świecie ciężkich brzmień, po latach stając się kamieniem milowym heavy metalu, o czym świadczą multiplatynowe nakłady sprzedanych egzemplarzy. „No More Tears”.

Zanim przybliżę dokładną historię powstania tej płyty, chciałbym zwrócić Waszą uwagę na jedną rzecz, mianowicie na okładkę. Przypomnijcie sobie co mieliśmy okazję zobaczyć na kopertach poprzednich płyt Ozzy’ego: na „Blizzard Of Ozz” wokalista z krzyżem w ręku sprawia wrażenie opętanego. Na „Diary Of A Madman” widzimy go w roli tytułowego szaleńca w ciemnej komnacie. Okładka „Bark At The Moon” przedstawiała naszego bohatera w roli wilkołaka, „The Ultimate Sin” jako zmutowanego potwora w asyście diablicy, zaś na froncie „No Rest For The Wicked” Osbourne zasiada na piekielnym tronie, a otaczają go jakieś nawiedzone dzieci. Co mamy tutaj? No właśnie. Nie ma tu żadnych diabłów, potworów ani niczego innego co mogłoby budzić skojarzenia odbiorcy z mocami ciemności. Na frontowym obrazie zdobiącym swój szósty solowy album Książę ma minę pełną zadumy, na jego plecach widzimy anielskie skrzydełko, w tle senne obłoczki, a tytuł jest na pierwszy rzut oka jednoznaczny: „Nigdy więcej łez”. Czyżby wokalista zgrzeczniał? Cóż, i tak i nie.

We wrześniu 1989 roku będąc w stanie alkoholowo-narkotykowego zamroczenia Ozzy próbował zamordować swoją żonę i managerkę, Sharon. Kochająca partnerka koniec końców wybaczyła mu nawet i to, jednak incydent odcisnął w świadomości obojga małżonków ogromne piętno, oczywiście zrozumiale. Wokalista po raz kolejny, nie pierwszy i nie ostatni, postanowił wziąć się za bary z nałogami. Po drodze czekało go jeszcze wiele niepowodzeń, całkowitą czystość osiągnął dopiero w okolicach „Down To Earth”. W październiku roku następnego para musiała się jeszcze zmierzyć z kolejnym już pozwem ze strony rodziców nastolatków, którzy popełnili samobójstwo rzekomo pod wpływem twórczości Ozzy’ego (pierwszą tego rodzaju sprawę wokalista zaliczył już na przełomie 1982 i 1983 roku, w obu przypadkach doszło do umorzenia).

Jeżeli chodzi o sam album, to na przełomie dekad Ozzy miał już przypieczętowane wieczyste miejsce w rockowym panteonie i nie musiał nikomu niczego udowadniać, no chyba, że sobie to, że po tylu latach niszczenia organizmu chemicznymi dopalaczami jest jeszcze w stanie ukręcić dobrą płytę. Wokalista zawsze miał nosa do wybierania sobie odpowiednich współpracowników, nie inaczej jest w przypadku tego krążka. Przede wszystkim w sukurs przyszła mu wciąż jeszcze młoda krew w osobie Zakka Wylde’a, który zadebiutował w grupie Osbourne’a na „No Rest For The Wicked”. Wg mnie „No More Tears”, brzmiący o wiele nowocześniej od poprzednika to jakby pierwszy zwiastun tego, co ten gitarzysta będzie robił (i z powodzeniem robi do dziś) ze swoją grupą Black Label Society. Na swoją drugą płytę u boku Księcia dostarczył on znacznie większą ilość autorskich pomysłów a i sam Osbourne dał mu, może nie wolną rękę, ale i tak znacznie większe pole do popisu. Kolejny ważny element układanki to nieżyjący już dzisiaj perkusista Randy Castillo, dla którego to z kolei trzecia i ostatnia studyjna płyta z Ozzym. Na „The Ultimate Sin” swoją bardzo luźną, ale zarazem piekielnie techniczną grą podniósł wartość niektórych słabszych kompozycji, takich jak „Lightning Strikes” czy „Killer Of Giants”. Na „No Rest For The Wicked” miał jeszcze więcej popisowych szarży (np. „Miracle Man”). Tutaj, podobnie jak Wylde, oprócz swojego charakterystycznego stylu gry wniósł on wiele instrumentalnych pomysłów, które dały początek evergreenom z tej płyty. Troszkę zamieszania jest na „No More Tears” ze stanowiskiem basisty: jeszcze przed nagraniem tego albumu Ozzy przesłuchiwał potencjalnych kandydatów do objęcia tego stołka, wybór padł na mało znanego wówczas Mike’a Ineza, który dziś jest kojarzony przede wszystkim z Alice In Chains. Uczestniczył on w próbach, a także zostawił po sobie kompozytorski ślad w postaci charakterystycznej linii basowej utworu tytułowego. Legenda głosi, że podczas rozgrzewki przed wspólnym graniem Inez spontanicznie zaintonował ten motyw, na co Ozzy kazał mu go powtórzyć i wspólnie z Wyldem zmontowali wokół tego cały kawałek. Przyszły basista Alicji jednak nie zagrał na albumie ani tego numeru, ani żadnego innego. Osbourne wraz z żoną zdecydowali się zaprosić na sesję starego znajomego, Boba Daisley’a, który grał już na wszystkich poprzednich solowych albumach Księcia z wyjątkiem „The Ultimate Sin”. Został jeszcze jeden ważny współpracownik, będący tak naprawę cichym bohaterem „No More Tears”. To nie kto inny, tylko Lemmy, lider Motörhead. Napisał on wraz z Ozzym teksty oraz był autorem kilku motywów w „I Don’t Want To Change The World”, „Mama, I’m Coming Home”, „Desire” i „Hellraiser”, a także udzielił swojemu przyjacielowi duchowego wsparcia w trudnych dla niego chwilach związanych ze wcześniej wspomnianym kolejnym podejściem do zachowania trzeźwości. Zarówno w książeczce kompaktowej reedycji albumu jak i w swojej autobiografii Ozzy podkreśla również rolę pary producentów sprawujących pieczę nad procesem powstawania tego albumu: Duane’a Barona i Johna Purdella.

Tytuł albumu, jak już wspomniałem może być traktowany jako świadectwo zmian w życiu osobistym Księcia. Jednak w tekście utworu tytułowego owe sformułowanie pada w zupełnie innym kontekście. O czym więc traktuje warstwa liryczna? Ano o seryjnym mordercy prostytutek. W pierwszej zwrotce podmiotem lirycznym jest trzecio osobowy narrator, w dalszej części rolę tę przejmuje sam psychopata zadając martwemu ciału dziewczyny pytania retoryczne i zwierzając się mu. Numer, a przynajmniej jego zasadniczą część (w środku pojawia się też odjechany niby-psychodeliczny mostek) prowadzi napomniana już genialna w swej prostocie partia gitary basowej. Na jej bazie Zakk ciosa mocarny, jeden z najcięższych na płycie riff, a Ozzy właściwą sobie schizowatą barwą głosu artykułuje kolejne wersy monologu szaleńca klęczącego nad zwłokami. Następnym genialnym kawałkiem jest „Zombie Stomp”, w którym wokalista bez ogródek informuje nas w jak wielkim alkoholowo-narkotykowym bagnie przyszło mu tkwić. Wylde serwuje nam arcymistrzowskie, z miejsca zapadające w pamięć, pełne werwy zagrywki. Castillo uwija się jak w ukropie, ten numer bez wątpienia jest jednym z powodów, dla których w pierwszej kolejności myślimy o nim kiedy mówimy „perkusista Ozzy’ego”. Nawet ten przydługi, często przewijany przeze mnie podczas słuchania tej płyty, „plemienny” wstęp do tego utworu nie jest w stanie go zepsuć. Do bezpardonowych kilerów z tego zestawu należy zaliczyć jeszcze otwierający album „Mr. Tinkertrain” oraz „Desire”. Tekst pierwszego z nich poruszają kolejny trudny i zarazem bardzo śliski temat jakim jest pedofilia. Ten z kolei jest w całości pisany z perspektywy zwyrola. Muzycznie to prostu zajebisty rock n’ rollowy kawałek, do którego chce się wracać. Mamy stonowane zwrotki przeplatane z czadowym refrenem. „Desire” ma jeszcze lepszą motorykę. Gdzieś przeczytałem określenie tego numeru jako „melodyjny thrash”. Cóż, może i jest w tym ziarnko prawdy, ale dotyczyć może ono jedynie mięsistej sekcji rytmicznej, ponieważ brzmienie gitary Zakka w tym utworze i w ogóle na tej płycie nijak się ma do tego co nieco wcześniej nawywijali Kerry King i Jeff Hanneman na „Seasons In The Abyss” czy nieco później Eric Peterson i Alex Skolnick na „The Ritual”.

Radiowe hity? W tej kategorii rządzi oczywiście „Mama, I’m Coming Home”, dedykowany przez wokalistę swojej niezmordowanej żonie (co ciekawe „mamuśką” nazywał ją nie tylko on, ale także szereg zespołów, z którym grupa Osbourne’a była w trasie, m.in. Mötley Crüe). Zaczyna się łagodnym, akustycznym wstępem, następnie robi się ciężej, a Ozzy stara się śpiewać jak najbardziej przejmująco, co przy jego mocno ograniczonej skali głosu (ledwo wykraczającej poza jedną oktawę) i dość „brudnej” barwie nie jest wcale takie łatwe. Błyszczy „I Don’t Want To Change The World”, lirycznie będący kolejnym persyflażem wokalisty w kierunku tych, którzy na siłę starali się przykleić mu łatkę satanisty. Za ten numer Ozzy otrzymał swoją jedyną jak dotąd (w solowym dorobku) nagrodę Grammy. Stało się to co prawda dopiero trzy lata później, a gwoli ścisłości utytułowana została wersja live tego utworu, pochodząca z płyty „Live & Loud”, no ale jednak. Przebojowy jest także „Hellraiser”, w którym Ozzy w zgrabne metafory ubiera opowieść o długich podróżach podczas tras koncertowych. Spośród czterech kompozycji, których współautorem jest Lemmy, tutaj jego wpływ jest najbardziej ewidentny. Zapewne to właśnie dlatego Motörhead nagrał własną, dość zbliżoną wersję tego kawałka na swój album „March ör Die” z 1992 roku.

Wszystkie wymienione w dwóch poprzednich akapitach utwory to arcydzieła. Pozostałe 4 są po prostu dobre. Spośród tego grona najlepiej wypada „S.I.N.” (grzeszny skrót w tytule należy rozwijać do „Shadow in the Night”), w którym Wylde proponuje rytmiczne kostkowanie ciekawie korespondujące z mrocznymi wersami Ozzy’ego o panicznym szaleństwie. Trochę gorzej sprawy się mają z „Time After Time”, „Road To Nowhere” i „A.V.H.” (ten z kolei skrót należy rozwijać do Aston Villa Highway – nazwy jednej z głównych ulic dzielnicy Birmingham, w której wychowywał się wokalista, niektórzy życzliwi próbowali utożsamić tytuł tego kawałka z „alkohol, valium, hasz”). Pierwszy z nich to po prostu ckliwa, miłosna balladka jakich wiele, zdecydowanie najsłabszy punkt „No More Tears”. Zamykający tracklistę albumu „Road To Nowhere” to taki niezobowiązujący numer na wytchnienie, przez niego album, w przeciwieństwie do większości innych wielkich płyt w świecie rocka, nie trzyma słuchacza w napięciu do samego końca. „A.V.H.” zaczyna się fajną, graną slidem zagrywką na gitarze akustycznej, jednak w dalszej części to po prostu poprawny rock n’ roll. Zdecydowanie lepszymi numerami są pochodzące ze stron B singli z tego okresu „Don’t Blame Me” i „Party With The Animals”. Gdyby umieścić je na albumie zamiast „Time After Time” i „Road To Nowhere”, płyta byłaby jeszcze większym arcydziełem. Ale i tak robi kolosalne wrażenie. Poza tym obie te kompozycje dołączono w roli utworów bonusowych do najpopularniejszej w tej chwili w sklepach kompaktowej edycji z 2002 roku.

Reasumując całe to moje wypracowanie, „No More Tears” jest ostatnią wielką płytą w solowym dorobku Ozzy’ego, a zarazem pomostem łączącym jego klasyczne albumy z lat 80. z tymi „nowożytnymi”, czyli od „Ozzmosis” wzwyż. Ponad połowa materiału z tego krążka do dziś stanowi żelazne punkty w koncertowej setliście Brytyjczyka. Longplay idealnie trafił w swój czas, nie przyćmiła go grunge’owa rewolucja, a po latach wciąż brzmi nowocześnie i świeżo. Jest idealnym kandydatem do rozpoczęcia poznawania szeroko pojętego dorobku tak Osbourne’a jak i Zakka Wylde’a.

10/10

Patryk Pawelec
Komentarze