13.12.2019
RECENZJE
DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam


Nawigacja
Artykuły » Relacje z koncertów » 2019.09.12 - SOEN, WHEEL, THE PRICE - Warszawa
2019.09.12 - SOEN, WHEEL, THE PRICE - Warszawa

12.09.2019
SOEN + WHEEL + THE PRICE
Warszawa, Progresja


SOEN Warszawa



Może nie jestem jakimś super wielkim fanem twórczości SOEN, tym niemniej byłem niezmiernie ciekaw jak zespół zeprezentuje się na większej scenie. Wcześniej widziałem ich w małym wrocławskim klubie i wówczas byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Dlatego chętnie skorzystałem z okazji by sprawdzić jak twórcy „Lotus” wykorzystają przestrzeń stołecznej Progresji i jak wiele osób pojawi się tego wieczoru by zakosztować muzycznych emocji, które ten zespół potrafi serwować bez liku.

Oszczędzę wam tutaj opowieści, co przydarzyło się po drodze i jak była pogoda… w sumie kogoś to w ogóle obchodzi? Od razu przejdę do rzeczy - po wejściu do klubu praktycznie od razu zajęliśmy miejsce przy scenie. Zanim to jednak nastąpiło, trzeba było chwilę poczekać przez wejściem do głównej sali. W między czasie skoczyłem na moment na stoisko z gadżetami. Nosiłem się z zamiarem zakupu ostatniego wydawnictwa zespołu, ale tutaj spotkała – pewnie i nie tylko mnie – niemiła niespodzianka. Chodzi o ceny – w tej materii przebito nawet Kostrzewskiego Kata. 90 pln!!! To chyba nie wymaga komentarza, ale myślę, że organizatorzy powinni zwracać uwagę na takie rzeczy i podpowiadać zespołom jak wyglądają realia w danym kraju.

Kiedy udało się zająć komfortową pozycję przy barierkach, na start trzeba było jeszcze poczekać, a to nie było łatwe. Nie mam pojęcia kto odpowiadał za puszczanie muzyki między występami, ale tego wieczoru z głośników wylewało się czyste zło w postaci rock/metalowych szlagierów w wersji „country”… było to tak samo straszne jak ceny płyt, ale w końcu przerwano dźwiękowe tortury. Scenę powoli zaludniali muzycy THE PRICE i dodam tylko, że był to mój pierwszy kontakt z muzyką włoskiego kwartetu. Ich wystąpieniu towarzyszyła uboga oprawa, scenę zdobił jedynie jeden banner z logo zespołu. Po klimatycznym intro zespół ruszył do boju, a to, co zostało zaprezentowane, przynajmniej na mnie wywarło bardzo dobre wrażenie. Panowie wykonali prawdopodobnie siedem kawałków utrzymanych w klimacie atmosferycznego rocka z elementami grunge’u. Świetne wrażenie budził wokalista, a dokładniej jego śpiew. Przyjemna chrypka w głosie nadawała muzyce dodatkowego pazura. Pomysłowe i przystępne utwory wykorzystywały przyjemne melodie. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tym co usłyszałem i zobaczyłem.

THE PRICE

Kiedy występ „otwieracza” dobiegł końca, od razu ruszyły przygotowania do koncertu następnego „rozgrzewacza”. W tej roli miał się sprawdzić pochodzący z Finlandii WHEEL. Zmienił się również transparent na tyle sceny. Wszystko przebiegało sprawnie, ale niestety z głośników ponownie wylało się szambo – w Warszawie ostatnio mają z tym problem... W końcu na scenie pojawiły się cztery zakapturzone postacie. Jak okazało się już za moment, image zespołu lekko nie pasował do prezentowanych dźwięków. Do Progresji wpuszczono więcej mroku, klimatycznego ciężaru. W porównaniu do poprzednika, zespół prezentował mniej przystępną i mniej melodyjną muzykę. WHEEL nierzadko zbliżał się w rejony znamienne dla Toola.. Oprócz tego, ich dźwięki charakteryzowały elementy z pogranicza noise’u o psychodelicznym zabarwieniu. Ich kompozycje dość szeroko wykorzystywały pracę bębnów (dużo gry na tomach), a ponadto nie brakowało gitarowych udziwnień, sprzężeń itp. Utwory w zasadzie nie miały przerw, nie było też miejsca na zagadywanie publiczności. Choć nie była to moja bajka, to wśród zgromadzonych nie brakowało osób, którym muzyka WHEEL przypadłą do gustu. Panowie skończyli chwilę przed planowanym czasem i wiadomo co wówczas się wydarzyło… oczywiście z głośników poleciał country -szlam...

WHEEL


Ze sceny szybko i sprawnie zniesiono sprzęt supportów, odpalono kadzidła - przygotowania do występu gwiazdy wieczoru ruszyły pełną parą. Zmieniła się lekko oprawa i tak oprócz głównego banneru z okładką płyty, na bokach ustawiono dwa transparenty z symboliką zespołu. SOEN pojawił się na deskach Progresji z małym opóźnieniem, ale przynajmniej wiejski szlam przestał wyciekać nieco wcześniej. Zespół przywitano rytmicznymi oklaskami, Panowie od początku mogli liczyć na silne wsparcie publiczności, która do tego momentu zgromadziła się dość tłumnie. Tego wieczoru panowie promowali swój najnowszy krążek zatytułowany „Lotus” - koncertowy set zdominowały utwory właśnie z tego wydawnictwa. Na pierwszy strzał poszły „Covenant” i „River”, pomiędzy którymi panowie wykonali „Opal” z poprzedniej płyty. Na początku zespół nie brzmiał za dobrze, ale w miarę upływu czasu jakość dźwięku zaczęła ulegać stopniowej poprawie, choć mimo wszystko i tak było za głośno. Muzyków cieszyła reakcja publiczności, zresztą każda próba wspólnej zabawy spotykała się pozytywnym odzewem jednych i drugich, a sam nienagannie ubrany Joel Ekelöf nieustannie mógł liczyć na wokalne wsparcie. Nie zabrakło miejsca na improwizację, gdzie poszczególni członkowie grupy mogli zaprezentować coś więcej od siebie. Świetnie wypadały szlagiery SOEN takie jak np. niezwykle nastrojowy „Lucidity” czy też bardziej energetyczny „Jinn”. Jeżeli chodzi o setlistę, grupa skupiła się głównie na dwóch ostatnich albumach, choć nie zabrakło akcentów z dwóch pierwszych płyt. W tej materii można było usłyszeć m.in. „Tabula Rasa”, „Slithering” oraz w ramach bisów „Savia”, ale to nie wszystko.

Kiedy wydawało się, że to już koniec, a ludzie zaczęli opuszczać salę, stało się coś niespodziewanego – muzycy SOEN wrócili na scenę i ku radości zgromadzonych, wykonali jeszcze jeden numer. Był nim „Pluton”, którego poniektórzy domagali się na bisy. To był naprawdę miły akcent, pokazujący, że twórcy „Lykaia” liczą się ze swoimi fanami. W tak przyjemnej atmosferze klimatyczny wieczór w Progresji dobiegł końca. Myślę, że sympatycy metalowego nastroju zostali w pełni nasyceni. Wszystkie trzy zespoły pokazały się z dobrej strony i prawdopodobnie moja opinia na ten temat nie będzie (a przynajmniej nie powinna być) odosobniona.

Soen

Soen


Tekst: Marcin Magiera
Zdjęcia: Marek Ratusznik
Komentarze