13.12.2019
RECENZJE
DAN McCAFFERTY – Last Testament

RPWL - Live From Outer Space

SUPERSONIC BLUES MACHINE - Road Chronicles: Live!

ASTRAL DOORS - Worship or Die

JELONEK - Classical Massacre

ARIA - Guest from the Shadow Kingdom

DEZERTER - Undergound Out of Poland

PERIHELLIUM - Prototype

MOTHER OF MILLIONS - Artifacts

TRIBULATION - Down Below

EUROPE - Europe

JAN METUS - Time Will Dissolve Our Shadows

JAN AKKERMAN - Close Beauty

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

PETR STEPAN & BRATRSTVO LUNY - Luna nad Iglau

DESTRUCTION - Born to Perish

GALLILEOUS - Moonsooon

ISSUN - Dark Green Glow

THE PAU - Raj

THE HOLEUM - Sublime Emptiness

RONNIE WOOD WITH HIS WILD FIVE - Mad Lad: A Live Tribute to Chuck Berry

BLACK STONE CHERRY - Black To Blues 2

RHAPSODY - Dawn of Victory

FLESHWORLD - The Essence Has Changed But The Detail Remains

YOGI LANG - A Way Out Of Here

MYSTHICON - Into the Dark (EP.)

ALHENA - Breaking the Silence...by Scream

ADAM JURCZYŃSKI - Beyond the Horizon

JOE BONAMASSA - Live At the Sydney Opera House

GHOST - Infestissumam


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - R » REMEMBRANCE - 2010 - Fall, Obsidian Night
REMEMBRANCE - 2010 - Fall, Obsidian Night

REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night


REMEMBRANCE - Fall, Obsidian Night

1. Ageless Fever
2. Stone Mirrors
3. The Omen
4. Our Memories Are Made of Stones
5. Ice Cold Conscience
6. Winter Tides
7. Obsidian

Rok wydania: 2010
Wydawca: Firedoom Music
https://www.facebook.com/remembranceband





Spośród kilku nowych płyt, które dotarły do mnie niedawno jedna wydaje mi się na chwilę obecną odpowiednia. Oglądając wystawę „Mroczne oblicze lalki” w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie pasującym do tej tematyki albumem jest „Fall, Obsidian Night” francuskiego tria z Remembrance. Było jednak wiele obaw czy sprostam wyzwaniu, w końcu dominuje mrok i ponurość, ale przełamałam strach i płyta wylądowała w odtwarzaczu. Sama okładka budzi pewien rodzaj napięcia, które zostaje rozładowane po kilku pierwszych sekundach muzyki.

„Ageless Fever” rozpoczynający krążek to 7 minut porządnego funeral doom metalu idealnie połączonego z growlem. Zaczyna się niepozornie jak na gotycki metal przystało, po czym muzycy od razu przechodzą do sedna sprawy i tłuką pogrzebowe rytmy, opiewające w tekstach smutek i ból. Na szczególną uwagę zasługują partie klawiszy, malowniczo współgrające z pozostałymi instrumentami, budzące niepewność i lęk. Słuchając tego raz za razem śmiem powiedzieć, że ta muzyka wciąga, jest jak narkotyk i uzależnia. Z każdym kolejnym przesłuchaniem rodzi się więcej emocji, bardzo różnych i silnych. Jest w tym coś niesamowitego, przyciągającego, tajemniczego. Dla słuchacza o słabej psychice może się to źle skończyć, ale jeśli ktoś lubuje się w takich rzeczach to będzie to dla niego nostalgiczną rozkoszą. Francuzi wiedzieli jak zwrócić na siebie uwagę, „Ageless Fever” jako otwieracz sprawdził się w 100 %.

„Stone Mirrors” to najdłuższy utwór na płycie, trwający 9 i pół minuty. Muzyka nabiera barwy stricte gotyckiej, mrocznej, smutnej i rozdartej na dwie części – raz przewodzi ból, a innym razem smutek. Swoje umiejętności wokalne pokazuje Carline Van Roos. Stad właśnie te nawiązania do gotyku. Właściwie to w tym numerze mamy idealne połączenie doom, death i gothic metalu, co sprawia, że piosenka ma różne oblicza, zmieszane w jedną, niekoniecznie spójną całość. Oceniając „Stone Mirrors” jako całość można utwierdzić się w przekonaniu, że różne style brzmią efektownie, gdy są zbalansowane, przechodzące z jednego stanu w drugi, emocjonalne i trafne jeśli chodzi o warstwę liryczną. Do doskonałości jednak troszkę brakuje, słucha się tego jednak z wielką uwagą i skupieniem, bo tego wymaga ta muzyka – ponownie pełna różnych emocji, często od siebie oddalonych. Dla bywalców Castle Party kawałek zrobi bardzo dobre wrażenie.

„The Omen” to trzecia propozycja Remembrance na „Fall, Obsidian Night”, trwająca 7 minut. Matthieu Sachs nadaje pogrzebowej otoczki swoim growlem, a Carline Van Roos odśpiewuje wersy z nienaganną starannością i pełną bólu manierą. Muzycznie jest znakomicie, żeby nie powiedzieć wspaniale. Tego można słuchać na okrągło, najlepiej w ciemności. Z trudem znajdziemy słabe momenty, bo takowych praktycznie nie ma! Kawałek ma w sobie coś magicznego, czego twardo się trzymają muzycy i robią to w taki sposób, że brakuje słów. Dominacja bólu jest tutaj bardzo wyraźna. Przez te 7 minut zespół oczarowuje słuchacza swoim mrokiem – gęstym i pełnym napięć, budując jednocześnie klimat rodem ze Skandynawii. Najmroczniejszy doom metal brzmi słabo w porównaniu z propozycją Francuzów, którzy dwoją się i troją, by prezentowana muzyka była czymś, co sprawi, że pojawi się dreszczyk i otuli słuchacza swoimi więzami. „The Omen” to bilet w jedną stronę – z powrotem nie ma ucieczki. Jeśli komuś życie miłe, to niech nie wchodzi na ten pełny bólu teren.

„Our Memories Are Made of Stones” to jedyny instrumentalny numer na płycie, trwający 4 i pół minuty. Można przy nim na chwilę odsapnąć od przeszywającego bólem growlu po to, by na koniec zresetować umysł przy dźwiękach fal morskich i przygotować się na kolejną porcję funeral doom metalu.

„Ice Cold Conscience” ponownie zaprasza w swoje mroczne szeregi, które się zawężają i wypadają znakomicie. Smutek jest głównym daniem podanym na nostalgicznej tacy. Przez 8 i pół minuty przewija się cała paleta mrocznego klimatu, podtrzymywana przez wokalistkę. Smutek jest tu nieprawdopodobnie prawdziwy, bolesny i ciężki. Słychać w nim poniekąd strach, obawę i lęk przed nieznanym. Z każdą kolejną sekundą muzycy grają pełni napięcia i zdecydowanego smutku, przez co kawałek dogłębnie przypomina ostatnią drogę zmarłego. Słuchacz ni znajdzie tu nic pozytywnego – wszystko jest pesymistyczne i żaden fragment nie sprawi, że stanie się inaczej. Na tym etapie można stwierdzić, że Remembrance wiedzą, co zaserwować słuchaczom, aby ci nie odeszli z niesmakiem w uszach. Wciągający pesymizm – tak można określić ten numer.

„Winter Tides” to w dalszym ciągu ten sam funeral doom metal pojawiający się wcześniej. Podobnie jak przy „Ice Cold Conscience” słychać gęstość muzyki i jej pesymistyczny obraz. Carline Van Roos ponownie udziela się w śpiewaniu i robi to ekspresyjnie i smutnie, tak jakby była przybita, w depresji. Depresyjny oddźwięk pojawia się w całej piosence, więc jest to muzyka nie dla każdego. Tego nie da się połknąć za jednym razem, to wymaga czasu. Nie stanowi to żadnego problemu, ale taką muzykę poznaje się powoli, dokładnie, ze szczegółami i spokojem. Prawie 8 minut to dla słuchacza droga przez mękę – nikt nie doświadczy pozytywnych emocji, wszystko jest tu doskonale wyważone: smutek, ból, depresja. Powtórzę się jeszcze raz: ta muzyka uzależnia! I tutaj słychać to znowu, może nawet bardziej. Muzyka przez dłuższy czas wibruje w uszach, co pozwala na przemyślenia, a co za tym idzie – za nostalgią. Jest to najbardziej posępny kawałek jaki do tej pory się pojawił. Dla miłośników takiego brzmienia będzie to fascynujące przeżycie.

„Obsidian” kończy album Francuzów. I jest to zakończenie nader wspaniałe, świetne, niesamowite. Można by wymieniać w nieskończoność. Prawie 7 minut dusznego mroku, piorunującego głosu wokalistki, mrocznych pejzaży instrumentarium i mozolnego tempa rodem z jakiejś zatęchłej nory, gdzie mieszka najmroczniejsze monstrum na świecie. Czegoś takiego się nie spodziewałam, to przerosło moje oczekiwania. Nie wiem jak oni to zrobili, ale jestem pod ogromnym wrażeniem. Tego słucha się z zapartym tchem, z niecierpliwością, co też wydarzy się za sekundę, dwie. Carline Van Roos pięknie zawodzi, melodia sama płynie, jest posępnie, bez przejaśnień w mroku. Nawet najmroczniejszy gotyk nie może się z tym równać, to jest po prostu wspaniałe. „Obsidian” można nazwać wisienką na pogrzebowym torcie. Brak słów i tyle.

Podsumowując „Fall, Obsidian Night” francuskiego Remembrance dochodzę do wniosku, że są na świecie (bynajmniej w Europie) zespoły, którym należy się chwila uwagi. Ich funeral doom metal należy do czołówki tego gatunku. A w połączeniu z growlem rodzi się szczególny związek z death metalem, a mi to jak najbardziej odpowiada. Ta muzyka ma głębszą duszę, jest jak czarna kartka papieru, na której pojawiają się białe nuty. Tego nie warto przegapić, ten album jest zdominowany przez mrok, smutek i przeszywający duszę ból. Myślę, że ci, którzy tego posłuchają odpłyną w nieznane mroczne odmęty i ciężko będzie im z nich się wydostać. Od samego początku grupa serwuje doskonałą muzykę, taki przejrzysty mrok, oscylujący wokół smutku i dużej dawki przygnębienia. Polecam ten krążek wszystkim fanom tej odmiany metalu, jak i tym, którzy szukają ciekawych kapel grających taki rodzaj muzyki. Kto szuka nie błądzi. A Remembrance nie zbłądzili, oni nie mają do tego prawa – przynajmniej na ostatnim w dorobku albumie, wydanym 9 lat temu. Odnosząc się do okładki dodam, iż ta idealnie pasuje do prezentowanej przez Francuzów muzyki. Sprawia wrażenie posępnej, nadającej się do głębszej analizy, bo i muzyka, i szata graficzna są idealnie dobrane. Zachęcam do zapoznania się tego krążka. Nikt nie pożałuje wydanych pieniedzy. Ba! Będzie uradowany, że posiada taką płytę w kolekcji. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić „Fall, Obsidian Night” i zatapiać się w te mroczne dźwięki. Ostatnie słowa tej recenzji brzmią: uzależniające przygnębienie.

9,5/10

Marta Misiak
Komentarze