07.04.2020
RECENZJE
SOSNOWSKI - Tylko się nie denerwuj

VORNA - Sateet palata saavat

TESTAMENT - Titans Of Creation

THE SEGUE - Holograms

THE PARTY IS OVER - Pluton

ADMINISTRATORR - Czy

SYLOSIS - Cycle Of Suffering

NOMAD - Transmogrification (Partus)

INVERTIGO - Inmotion

JULIA MII - To ja, księżyc

DEPECHE MODE - Speak & Spell

VOLTURYON - Cleansed by Carnage

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

PENDRAGON - Love Over Fear

LIZARD - Master & M

MECH - Tasmania

SEPULTURA - Quadra

MARKO HIETALA - Pyre Of The Black Heart

SUBTERFUGE - Prometheus

VIRGIN SNATCH - Vote is a Bullet

DEPECHE MODE - Delta Machine

MYSTERY - Live in Poznań

SBB - Welcome

KILLSORROW - Killsorrow

FLAMING ROW - The Pure Shine

VOYAGER - Colours in the Sun

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

KING! AUTOBIOGRAFIA - Staszczyk, Księżyk

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - H » HALFORD - 2000 - Resurrection
HALFORD - 2000 - Resurrection

HALFORD – Resurrection


HALFORD – Resurrection

1. Resurrection
2. Made in hell
3. Locked and Loaded
4. Night Fall
5. Silent Screams
6. The One You Love To Hate
7. Cyber World
8. Slow Down
9. Twist
10. Temptation
11. Drive
12. Saviour

Rok wydania: 2000
Wydawca: Metal God Record
https://www.facebook.com/JohnArthurRobertHalford/





Dekada lat 90. XX wieku nie oszczędziła muzyki rockowej i metalowej. Co prawda Metallica wydała swój „Czarny Album” i odniosła potężny sukces komercyjny, to jednak kolejny, „Load”, był już mocno kontrowersyjny. Guns n’ Roses przedstawili fenomenalne dwuczęściowe „Use your illusion”, by następnie wydać przeciętny album z coverami („The spaghetti incident?”). Z Deep Purple odszedł Ritchie Blackmore, a z Dworu „Królowej” – Freddie Mercury, który na szczęście zdążył stworzyć jedną z najważniejszych płyt w historii rocka („Innuendo”). Te stacje radiowe, które nie załapały się na grunge i nu metal, odwróciły się od rockowego klasycznego grania nadając w zamian dyskotekową sieczkę spod znaku Scooter czy 2 Unlimited. Kryzys najbardziej dotknął metalowców: „Żelazna Dziewica” zmieniła frontmana, a w ślad za nią poszedł także Judas Priest.

Harley odjeżdża w kąt. Zmęczony wyczerpującym koncertowaniem Rob Halford zrzuca skórę, ćwieki, a w zamian zakłada czapkę baseballówkę, schodzi do podziemia i zakłada z młodymi gniewnymi muzykami zespół Fight, który po kilku latach zmienia nazwę na 2wo. Grają ciężki, szybki thrash i koncertują w małych klubach. Były to odpowiednie podwaliny pod coś, co ostatecznie zostało nazwane nazwą Halford. Logo zespołu (a także okładka – Harley! – i tytuł płyty – „Zmartwychwstanie”) jednoznacznie daje odpowiedź, czego można się spodziewać: powrotu do klasycznego metalowego grania. Również i w składzie zespołu doszło do zmian: ostał się jedynie grający na gitarze basowej Ray Riendeau. Pozostali muzycy to urodzony w Warszawie Mike Chlasciak oraz Patrick Lachman (gitary). Za perkusją zasiada zaś Bobby Jarzombek. W tym składzie pod wodzą producenta Roya Z. (dobrego kumpla niejakiego Bruce’a Dickinsona) Rob Halford wjeżdża w nową erę. Czy jest to album na miarę „Painkillera”? Przekonajmy się.

Na otwarcie grupa prezentuje utwór tytułowy („Resurrection”). Już pierwsze sekundy przyprawiają o ciarki na plecach, a jest to tylko przywitanie się ze słuchaczem. Gdzieś z otchłani wyłania się charakterystyczny falset. Wydaje się, że Rob śpiewa tu jeszcze wyżej niż w Priest i słychać, że jest w rewelacyjnej formie. Dłużni nie pozostają pozostali muzycy i również od pierwszych sekund (tuż po intro) proponują motoryczną lokomotywę z potężnie grającą sekcją rytmiczną. Nie sposób porównywać tego numeru do „Painkillera”: tu również doświadczymy wymieniających się solówek, choć tempo może nie jest tak zawrotne jak w przypadku kompozycji sprzed kilku lat. Zespół nastawił się tu na ciężar gatunkowy, a pod koniec przyspiesza niczym zjeżdżający w dół rollercoaster. Smakowity i wgniatający w fotel początek albumu.

Jako drugi wybrano „Made In hell”, równie potężnie i nowocześnie (jak na tamte czasy) brzmiący numer. Co ciekawe udało się tu zachować ducha klasycznego brytyjskiego metalu. Dowodem na to jest riff, który go otwiera. Rob śpiewa tu już czystym głosem, choć nie bez lekkiej krypy, co dodaje tylko zadziorności. Mamy tu także patent ze wzajemną „rozmową” gitar, zarówno podczas wyśmienitych solówek, jak i przy przechodzeniu do głównego riffu.

Trójka to lekkie zwolnienie tempa na rzecz zwiększenia i tak dużego ciężaru, który rozjeżdża słuchacza do granic. „Locked and loaded” to ciężki, mocny riff, któremu wtóruje mocna perkusja ze świetnym basem w tle. Robertowi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko dołączyć do muzyków i w odpowiedni sposób spiąć wszystko klamrą. Tu z kolei mamy interesujący pomysł na dublowanie się wokali – Rob, który cedzi przez zęby refren i ten sam wers śpiewany przez Roba falsetem. Numer amerykański w klimacie, zdecydowanie ma w sobie to coś.

Jedziemy dalej i przed nami „Night fall”. I po raz kolejny od pierwszych sekund jest genialnie. Riff, który aż kusi, by włączyć go do lekcji gry na gitarze. A potem już tylko słuchać, jak panowie się genialnie rozumieją. Znów jest motorycznie, ciężko, ale i równocześnie rockandrollowo. Natomiast to, co Rob wyprawia za mikrofonem, sprawia, że aż podnosi się zęby z podłogi. Zdaje się, że „Painkiller” wcale nie był szczytem jego możliwości. Jest melodyjnie, znów wokal zdublowany w warstwie wysoko-nisko. I przede wszystkim jest powiew świeżości i wyraźnie słyszalna radość z grania.

Jednym z moich ulubionych, zaraz po numerze tytułowym, jest niewątpliwie kolejna kompozycja. „Silent screams” rozpoczyna się od lekko efekciarskiej gitary i klawiszy, które trochę przypominają solowe dokonania Ozzy’ego. Za chwilę gitara schodzi na drugi plan, bo oto do głosu dochodzi Rob, któremu przygrywa gitara basowa. Jest nisko, nastrojowo, ale i jednocześnie buduje się tu podstawa do tego, co ma się wydarzyć niebawem. A dzieje się, i to bardzo dużo. Najpierw mamy znów świetnie zaśpiewany i zagrany refren. Proponuję nie tylko zwrócić uwagę na jego pierwszy plan, ale także na to, jak niesamowicie wrzeszczy „dubel” Halforda w tle. Znów facet przebija sam siebie, a to nawet jeszcze nie jest kulminacja tego kawałka. Nagle orientujemy się, że ten numer dopiero powoli się rozkręca. I w ten oto sposób z klimatycznej ballady nie zostaje już nic, a do głosu dochodzi wściekłość i agresja. Tempo już jest nieźle rozkręcone, a Rob cedzi kolejne słowa przez zęby z prędkością karabinu. Pod koniec numeru, kiedy agresja sięga zenitu, wokalista proponuje zabawę pod tytułem „kto dłużej wytrzyma krzyk”. Jest to genialne ćwiczenie na przeponę. Najlepiej, kiedy jedzie się rowerem i próbuje, tak jak Rob, zakrzyczeć to falsetem zmieniając jednocześnie linię melodyczną. Oj, niełatwe to… Myślę, że temu okrzykowi może dorównać tylko ten z „Victim of…”. Później następuje stopniowe spowalnianie tempa, które kończy jeszcze jedna długa fraza Roba. Słychać, że wokalista ciągnie tu ile się da, aż w pewnym momencie słychać tylko wibrowanie głosu z braku powietrza.

Kolejną propozycją jest numer z gościnnym udziałem Bruce’a Dickinsona, który dopiero co powrócił do Iron Maiden i kończył pracę nad genialnym „Brave New World”. Jaki jest zatem „The one you love to hate”? Ciężki, motoryczny i bardzo… dickinsonowy, najpewniej za sprawą tego, że słychać tu gitarę Roya Z. oraz jego produkcję. Co ciekawe duet wypada nad wyraz interesująco, panowie doskonale wymieniają się frazami, aż wreszcie śpiewają razem w refrenach. Równocześnie jest to możliwość sprawdzenia jak na tle Roba radzi sobie Bruce i trzeba przyznać, że daje radę.

Następny w kolejce jest szybki „Cyber world”. I tym razem zespół proponuje na otwarcie dobry riff, który rozgrzewa numer do czerwoności. Tutaj Rob śpiewa zwykłym głosem, chociaż może się wydawać, że momentami nie może doścignąć rozpędzonych muzyków. Nic bardziej mylnego. Co prawda Halford ma tu lekką chrypkę i wydaje się być w końcowych frazach zdyszany, lecz kiedy pod koniec numeru bierze oddech na długie falsetujące momenty, to już jest wszystko pod kontrolą, włącznie ze świdrowaniem głosu.

Numer osiem na płycie to „Slow down”. O tym, że panowie Chlasciak i Lachman doskonale się rozumieją już pisałem już parę razy, dlatego proponuję wsłuchać się w tym numerze w sekcję rytmiczną. Facet za bębnami wie, do czego one służą. Doskonale przechodzi z podwójnej „nierównej” stopy na werble, by za chwilę znów ładować z pełną mocą. Rob i tym razem daje popis i znów pozwala słuchaczowi zachwycać się nad jego warsztatem wokalnym, od zwykłego śpiewu, przez wysokie czyste rejestry, aż po melorecytację. Tempo nie jest tu zawrotne, ale dzięki temu jest ciężko, metalowo i rytmiczne.

„Twist” kojarzy się z rockową wersją Fali z Wesołego Miasteczka. Można od tej kompozycji dostać kręćka w głowie. Począwszy od znów bardzo dobrego riffu, który równocześnie jest linią melodyczną refrenu. I jest w tym numerze coś w stylu „raz w górę, raz w dół”. Całą machiną kręci zaś refren. Sam numer dość wesoły jak jazda na karuzeli. Rob znów pokazuje swój wokalny kunszt przechodząc z czystych rejestrów na falset, który chwilę później się jakby odłącza, powodując zdublowany wokal. Cały numer zaś oparty jest tym kręcącym się w kółko riffie. Mamy jeszcze solówkę, lecz i ona mknie z prędkością lunaparkowego wagonika.
Przeskakujemy dalej. „Temptation” to granie bardziej hardrockowe, niż metalowe. Na uwagę zasługuje mniej więcej druga część numeru, kiedy Rob trochę przypomina wokalnie siebie z „Touch of evil”. Poza tym troszkę niewiele się tu dzieje. Jest jeszcze solówka, ale jakaś taka bez większego polotu, a cały numer opiera się tak naprawdę tylko na dwóch riffach.

Lepiej czym prędzej przejść do „Drive”. Tu z kolei mamy bardzo ciężko zagranego twista. Strojenia gitar zostały obniżone, co powoduje przejażdżkę nie tyle ciężkim motorem, ale czołgiem lub walcem. Refren zaś jest dość melodyjny, sprawiający, że ciekawie się go nuci. Wokalista z kolei śpiewa tu już swym zwykłym głosem, bez poszukiwania różnych wariacji. I dobrze, bo numer i bez tego dobrze sobie radzi.

Ostatnią kompozycją jest „Saviour”. Dość szybki kawałek, na poziomie riffu podobny do pierwszego na płycie. Jest melodia, jest różnorodność w głosie Roba, natomiast swoje największe atuty pokazuje w grze gitar. Panowie postanawiają nagle wzajemnie prześcigać się w solówkach, powodując u słuchacza uśmiech, bo ich frajdę z grania u boku Boga Metalu autentycznie słychać.

Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że japońska wersja płyty zawierała dwie dodatkowe piosenki (klasycznie metalowe „Sad wings" oraz „Hell's last survivor"), a reedycja z 2006 roku – kolejne dwa („God bringer of death” i „Fetish”), ostre jak brzytwa, w żadnym stopniu niebędące zbędnymi zapychaczami kawałki.

Bóg nawrócił się i z pomocą rewelacyjnych muzyków stworzył album, który śmiało można wpisać w poczet najlepszych albumów współczesnego metalu. Jest tu wszystko, o czym można sobie tylko zamarzyć: bardzo dobre kompozycje, świeżość i momentami piekielna (ale pozytywna) agresja. I najważniejsze: Rob Halford w rewelacyjnej formie. Już wtedy było wiadomo, że powrót do Judas Priest to tylko kwestia czasu.

9,5/10

Mariusz Fabin
Komentarze