01.10.2020
RECENZJE
EXLIBRIS - Shadowrise

THE BLACK NOODLE PROJECT - Code 2.0

KRŮK - Nibykwiaty

SPARKS – A Steady Drip, Drip, Drip

BATUSHKA – Раскол/Raskol

ABEL GANZ - The Life of the Honey Bee and Other Moments of Clarity

STEEL PROPHET - The God Machine

DEEP PURPLE - Whoosh!

BOB DYLAN - Rough And Rowdy Ways

KONTRKULTURA - Wszystko Już Powiedziane

VERBAL DELIRIUM - From The Small Hours Of Weakness

OSTA LOVE - About Time

SBB - Jerzyk

CHAOS OVER COSMOS - The Ultimate Multiverse

HOVERCRAFT - Fall

PIOTR DAMSE - Inside Outside

H-ONE - MMLXIX

ALBION - Albion

COLIN BASS /DANIEL BIRO - Still

MAGNUS KARLSSON'S FREE FALL - We Are The Night

BLACKLIGHT - Follow the Future

WAVE - [Dream]

DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - O » OZZY OSBOURNE - REDAKCYJNY TOP
OZZY OSBOURNE - REDAKCYJNY TOP

OZZY OSBOURNE
Redakcyjny Top





ROBERT DŁUCIK


Ozzy' Ozzy' Ozzy'


Ozzy - Top 3 (generalnie temat solowej działalności Ozzy'ego załatwiłbym jakąś porządną składanką The Best of..., no ale obowiązek obowiązkiem jest, redakcja Top3 musi mieć) ;) Sooooo...

1. Blizzard of Ozz - mocny debiut z dwoma klasykami: przebojowym "Crazy Train" i złowieszczym "Mr Crowley", bez których do dzisiaj trudno wyobrazić sobie koncert Ozzy'ego. No i "Suicide Solution", który zaprowadził wokalistę na salę sądową...

2. Diary of A Madman - trudno o lepszy tytuł dla Ozzy'ego w tamtych szalonych czasach. Bardzo dobry skład, bardzo dobry materiał. "Over The Mountain" na początek, a dalej równie ciekawie...

3. Ozzmosis - dla mnie siódmy solowy album Ozzy'ego to jego najlepsza z późniejszych płyt. Zbiór udanych kompozycji z mocnym "Perry Mason" i przebojowym "I Just Want You" na czele.




PIOTR SPYRA


Ozzy' Ozzy Ozzy'


1. No More Tears
Dlaczego ta płyta znalazła się na szczycie mojego podium? To chyba nie wymaga wyjaśnienia. To Magnum Opus Osbourna. Płyta doskonała. Nie ma na niej sekundy niepotrzebnego dźwieku. Za to jest moc, jest klimat i nieprawdopodobna autentyczność. To album, do którego mam duży sentyment, bo zasłuchiwałem się w nim wówczas, kiedy został wydany. W głowę nastolatka wsiąkał jak w gąbkę... i pozostał tam do dziś.

2. Ozzmosis
Kilka lat później, ale czasy dla muzyki zmieniły się drastycznie. Przede wszystkim od muzyki rockowej i metalu zaczęła odwracać się MTV. Wszyscy zaczęli poszukiwać żeby dać odpowiedź na nowe zjawisko jakim był GRUNGE. Może podświadomie, Ozzy również nagrał płytę cięższą i bardziej melancholijną. U mnie znowu trafiło na podatny grunt.

3. Ultimate Sin
Moja ulubina płyta z "tych klasycznych". Nie wszystkie wczesne płyty Osbourna do mnie trafiały. Ale Ultimate Sin - owszem. Mimo, że na moje ucho trochę za dużo pogłosu w brzmieniu, ale summa summarum ma to swój urok. "Secret Looser", utwor tytułowy i "Shot In The Dark" do dziś należą do moich ulubionych kawałków Ozzyego.




PATRYK PAWELEC


Ozzy' Ozzy' Ozzy'


1. No More Tears
Choć wielbię za wszechmiar Randy'ego Rhoadsa i jego niedościgniony kunszt, a nagrane z nim w składzie dwie pierwsze solowe płyty Ozzy'ego uważam za wybitne to jednak spośród solowego dorobku Księcia Ciemności najchętniej wracam do pierwszego albumu, który nagrał on "na czysto". Ciężko stwierdzić, który czynnik w największym stopniu stanowi o ponadczasowości "No More Tears". Po raz pierwszy w pełni zespołowe kompozycje? Piętno, które na psychice wokalisty odcisnęła własnoręczna próba zamordowania żony w alkoholowo-narkotykowym amoku? A może wsparcie, zarówno duchowe jak i twórcze (wkład w powstanie tekstów do "I Don't Want To Change The World", "Desire", "Hellraiser" i kultowego "Mama, I'm Coming Home") ze strony Lemmy'ego Kilmistera? Chyba wszystkie te składowe były jednakowo ważne i w takim samym stopniu miały wpływ na kształt tej genialnej płyty. Ozzy po jej wydaniu co prawda płakał jeszcze nie raz, ale w tamtym momencie album ten był jak najbardziej szczerym świadectwem (niestety wciąż tylko tymczasowego) zerwania z nałogami i poświęcenia się muzyce w pełni.

2. Blizzard of Ozz
Tak jak "Heaven And Hell" Black Sabbath nie jest kontynuacją starego stylu z zastrzeżeniem, że śpiewa ktoś inny, tak solowy debiut Ozzy'ego nie brzmi jak nieudolna kalka kompozycyjno-wykonaczego stylu Tony'ego Iommi'ego. Sam Osbourne, zwłaszcza w stanie w jakim wówczas się znajdował, prawdopodobnie nie ukręciłby takiego longplaya, ale dzięki dobraniu odpowiedniego sztabu współpracowników (ze szczególnym wskazaniem na Sharon Arden, która początkowo zajęła się karierą Ozzy'ego aby zrobić na złość swojemu ojcu, Donowi Ardenowi, który, myśląc że dostanie pod swoje skrzydła oryginalny skład Black Sabbath usiłował wycisnąć z nowej inkarnacji grupy, z Ronniem Jamesem Dio tyle pieniędzy ile tylko się da) udało mu się osiągnąć perfekcję.

3. Ozzmosis
Płyta tak świetna jak niedoceniana. Znów mistrzowska ekipa (m.in. Geezer Butler na basie, za heblami Michael Beinhorn, swoje trzy grosze w "My Little Man" wtrącił także Steve Vai), znów świetne kompozycje. Dzięki tej płycie Ozzy przeżył swoją drugą młodość (po odrzuceniu przez Perry'ego Farrella propozycji występu Ozzy'ego na Lollapaloozy w ramach promocji "Ozzmosis" Sharon po raz pierwszy stworzyła Ozzfest), dziś niestety jawi się jako jego ostatnia wielka, w pełni naturalna i organiczna płyta. Kolejne albumy noszą już znamiona przepełnionych rozmachem superprodukcji, które to nieszczególnie sobie cenię, zwłaszcza u tego artysty.




MAREK TOMA


Ozzy' Ozzy' Ozzy'


1. Diary Of a Madman
Mam duży sentyment do tej płyty. Takiego winyla dostałem w prezencie od kumpli, na swoje 18 urodziny. Dobry wybór, bo to świetny album i broni się do dzisiaj. Żywiołowy „Flying High Again”, ciepły „ You Can’t Kill Rock and Roll”, przyjemny „Tonight” czy wieńczący płytę , rewelacyjny tytułowy „Diary Of A Madman”. Praktycznie nie ma tutaj słabych numerów. Świetne gitary Randy Rhodsa i dobra forma wokalna Osbourna. Jeżeli chodzi o wizualną stronę, to moim zdaniem obok „Bark At The Moon”, najfajniejsza z okładek spośród solowych płyt Ozzyego.

2. No More Tears
Płyta, która odniosła chyba największy komercyjny sukces. Nie ma się czemu dziwić , bo to prawdziwa kopalnia hicoiorów: „Mama I’m coming home”, „No More Tears”, „Hellraiser”, „Road To Nowhere”… Prawdziwa erupcja fajnych melodii. I można tutaj napisać podobnie jak o „Diary Of a Madman”: świetne gitary (tym razem Zakka Wyldea) i znów dobra forma wokalna Ozzego. Do tego dochodzi wzorowa produkcja odpowiedzialna za brzmienie albumu. Absolutny kanon hard rockowego grania.

3. The Ultimate Sin
Podobno sam Ozzy nie przepada za tym albumem. Swego czasu często piłowałem tą pytę, jeszcze z kaseciaka. I kiedy słucham tej muzyki obecnie, czerpię podobną przyjemność w odbiorze. I chyba o to chodzi. Może okładka jest nieco kiczowata, materiał w całości nie jest perfekcyjny, ale sentyment pozostał.
Komentarze