09.04.2020
RECENZJE
JENNER - The Test of Time

HOLLYWOOD UNDEAD - New Empire

SOSNOWSKI - Tylko się nie denerwuj

VORNA - Sateet palata saavat

TESTAMENT - Titans Of Creation

THE SEGUE - Holograms

THE PARTY IS OVER - Pluton

ADMINISTRATORR - Czy

SYLOSIS - Cycle Of Suffering

NOMAD - Transmogrification (Partus)

INVERTIGO - Inmotion

JULIA MII - To ja, księżyc

DEPECHE MODE - Speak & Spell

VOLTURYON - Cleansed by Carnage

DIABULUS IN MUSICA – Euphonic Entropy

PENDRAGON - Love Over Fear

LIZARD - Master & M

MECH - Tasmania

SEPULTURA - Quadra

MARKO HIETALA - Pyre Of The Black Heart

SUBTERFUGE - Prometheus

VIRGIN SNATCH - Vote is a Bullet

DEPECHE MODE - Delta Machine

MYSTERY - Live in Poznań

SBB - Welcome

KILLSORROW - Killsorrow

FLAMING ROW - The Pure Shine

VOYAGER - Colours in the Sun

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man

CETI - Oczy Martwych Miast

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - O » OSBOURNE, OZZY - 2020 - Ordinary Man
OSBOURNE, OZZY - 2020 - Ordinary Man

OZZY OSBOURNE - Ordinary Man




1. Straight to Hell
2. All My Life
3. Goodbye
4. Ordinary Man
5. Under the Graveyard
6. Eat Me
7. Today Is the End
8. Scary Little Green Men
9. Holy for Tonight
10. It's a Raid
11. Take What You Want
Rok wydania: 2020
Wydawca: Epic Records / Sony Music
https://www.ozzy.com/






Ozzy Osbourne zdążył już przyzwyczaić swoich fanów do długiego oczekiwania na każdy kolejny krążek. Jego ostatni solowy album („Scream”) wydany został lat temu dziesięć, a ostateczne studyjne zamknięcie rozdziału pod tytułem Black Sabbath („13”) nastąpiło siedem lat temu. Zamiast wieści o nowej płycie można było coraz częściej usłyszeć o nasilających się problemach zdrowotnych muzyka i w związku z tym o kolejnych przekładanych lub odwoływanych trasach koncertowych (w tym występach wraz z Judas Priest).

I oto nagle pojawiła się wiadomość, że Ozzy kończy pracę nad nowym materiałem. Wraz z kolejnymi tygodniami przełomu roku 2019 i 2020 dowiadywaliśmy się coraz więcej i trzeba przyznać, że magia Ozzy’ego chyba wciąż działa, ponieważ w nagraniach do albumu, który ostatecznie otrzymał tytuł „Ordinary man”, pojawiły się duże nazwiska. A jakie? Za gitarę i produkcję całości odpowiada Adrew Watt, na gitarze basowej zagrał Duff McKagan znany z Guns N’Roses, na perkusji zabębnił jeden z najlepszych pałkerów rocka, Chad Smith, znany z Red Hot Chili Peppers, zaś na klawiszach zagrał Charlie Puth. Resztę uzupełniają goście w składzie: na gitarze Slash, dodatkowym gitarzystą jest postać znana z Rage Against The Machine czy Audioslave, Tom Morello, a swego pianina i wokalu w jednym z utworów użyczył Sir Elton John. Dodatkowo na albumie pojawiają się Post Malone i Travis Scott.

I tu pojawia się pytanie: czy znajdzie się między nimi wszystkimi miejsce dla Księcia Ciemności? Czy może on sam na swoim własnym albumie również będzie zaledwie gościem? No to start.

Zaczyna się od „Straight to hell”, klasycznie, od chóralnej introdukcji, by za chwilę przejść do ciężkiego riffu. Przypomina mi on odrobinę grę Zakka Wylde’a. Jest rytmicznie, rockowo, a Ozzy brzmi całkiem nieźle, zwłaszcza, gdy wykorzystuje okrzyki i śmiech, znane ze swoich koncertów. Całości bardzo przyjemnie się słucha.

Lecimy więc dalej, do „All my life”, które rozpoczyna się od fajnej gitary i znów dobrego śpiewu Ozzy’ego. Później brzmi to również nieźle, klimatem gdzieś okolicach „Fire in the sky”, lecz tutaj produkcja jest mocno wygładzona. Ciekawie robi się podczas solówki – krótkiej i treściwej, nawiązującej do gry Tony’ego Iommiego, a grający na gitarze Watt pokazuje pełnię swoich umiejętności. Świetnie także brzmi Duff McKagan w tle.

„Goodbye” z początku za sprawą stopy perkusji, która nabija rytm przywodzi na myśl „Iron mana”. Brakuje tu tylko tego legendarnego riffu. Później niestety już jest jakoś nijako. Co prawda gitara wybija nuty pełne grozy i mrocznego zaduchu, ale za bardzo to wszystko zaczyna przypominać „trzynastkowy” Black Sabbath. Szczytem bezsensu natomiast jest druga część numeru, gdzie bas i gitara zostają przeciągnięte przez fuzz-efekty, które brzmią jak kuriozalne połączenie syreny promu z silnikami rajdówek. Zupełnie nie wiem, po co ten zabieg. O ile ten mroczny klimat jeszcze się jakoś trzyma, o tyle te przyspieszenia nie dość, że nic nie przynoszą, to jeszcze skutecznie psują ten numer.

Numer cztery to tytułowa dla albumu ballada, w której Osbournowi partnerują Elton John i Slash. „Ordinary man” to całkiem ładna piosenka i trzeba przyznać, że Ozzy wciąż potrafi wyczarować magię. No i ten (czyżby pożegnalny…?) tekst refrenu: „gdy gasną światła, zostaje pusta scena”… Dopełnieniem klimatu, stworzonego przez pianino, chórki i smyczki jest solówka Slasha. Kawałek, który spokojnie i bez wstydu można postawić obok „Dreamera” czy „Mama I’m coming home”.

Numer pięć to pierwszy singiel z tego albumu, „Under the graveyard”. Początkowa gitara znów przypomina mi to spokojniejsze oblicze Black Sabbath. Również produkcja numeru brzmi tak jakby ten kawałek został nagrany gdzieś pomiędzy dekadą lat 70. i 80. ubiegłego wieku. I znów gitara elektryczna została nastrojona tak, jakby miał na niej zagrać Tony Iommi, a basowa, jakby miał za nią chwycić Geezer Butler. Nie lepiej byłoby ich po prostu zaprosić zamiast kopiować? Poza tym solowe dokonania Ozzy’ego zazwyczaj starały się nie używać gotowych sabbathowych wzorów, dlatego dziwne, że ten numer aż tak bardzo z Sabbathem się kojarzy…

Czas na stronę B płyty. Rozpoczyna ją „Eat me”. Harmonijka ustna i po chwili bas, który brzmi… jak spowolnione wprowadzenie do „N. I. B.”… A więc znów Black Sabbath. Może i ten bas brzmi mocno, głęboko i całkiem nieźle wtórują mu później gitary, ale, na boga ciemności, to jest solowy album Ozzy’ego! Jedyną interesującą częścią w tym numerze jest ciekawy śpiew w refrenie. O reszcie da się powiedzieć tyle, że w całym numerze muzycy używają maksymalnie trzech riffów, które znam już z BS. Powoli czuję się rozczarowany. Czy będzie na tym albumie jeszcze czego posłuchać?

Siedem. „Today is the end” przywołuje wreszcie skojarzenia z solową twórczością Księcia. I o ile początek jest kartką z „Dziennika Szaleńca”, o tyle później znów coś się dzieje złego z numerem i w mgnieniu oka staje się on niesamowicie wygładzony. Panowie, to jest Ozzy, powinna być moc, powinien być krzyk, nie zaś jakieś popowe kołysanki. I niestety, jeśli już się pojawia jakiś rockowy akcent (bo o rasowym metalu w żadnym wypadku do tej pory nie może być mowy), to znów jest to solówka, która ma przypominać, że ów Starszy Pan śpiewał kiedyś w Black Sabbath. Ogólnie wszystko w tej piosence jest bez ładu i składu, a każdy jej fragment brzmi, jakby pochodził z jakichś innych kompozycji. Koszmar.

„Scary little green man” to wreszcie to, na co tak czekałem. Wreszcie wszystko brzmi tak, jak powinno. Począwszy od gitary, która przygrywa we zwrotce i strzela tuż przed refrenem, by zadać genialny cios. Perkusja zaś brzmi idealnie, od zwykłego stukotu, po werble. W żaden sposób dłużny nie pozostaje bas, który w mądry sposób wychodzi poza ramy współpracy z perkusją. Całość spina melodyjny refren i efekciarskie granie na klawiszach. Można by rzec, że jest to najlepszy kawałek z albumu i zaledwie trzeci warty posłuchania.

Numer dziewięć to z kolei „Holy for tonight”, który jest dość dziwny. Niby balladka, ale z nutami, które gdzieś już kiedyś słyszałem. Mamy tu bowiem trochę „Wish you were here” Floydów, jest też trochę ostatniego Watersa, trochę „Changes” i przede wszystkim znów okołoiommiową solówkę i takież riffy w części żywszej. Ten numer brzmi trochę jak kolęda, ale i też jak ostateczne pożegnanie.

Dwa ostatnie numery („It’s a raid” oraz osbournową wersję „Take what you want”) z szacunku dla Księcia Ciemności pozwolę sobie pominąć. W szczególności zaś ten drugi, który na szczęście jest tylko i aż bonusem. Mam wrażenie, że podczas jego nagrywania Ozzy’ego w ogóle nie było w studiu, a jego słowa zostały posklejane z różnych innych piosenek lub demówek. Nie mieści mi się w głowie, że Ozzy zgodził się na wyprodukowanie i wydanie czegoś tak okropnego. Autotune feat. Ozzy Osbourne, a. k. a Prince of Darkness, vol. 17: Summer hits.

Ta płyta jest po prostu słaba. Chyba nikt (może poza wytwórnią płytową) o nią nie prosił i byłoby lepiej, gdyby Ozzy Osbourne po prostu i po ludzku jak najdłużej cieszył się dobrym zdrowiem, którego wszyscy mu życzą. A ja, jako osoba, która lubi i Ozzy’ego w Black Sabbath, i solowego, i tego, który śpiewał w duecie ze świnką Piggi, jak i u boku Ricka Wakemana mu wtedy wybaczę „Zwyczajnego człowieka”…

3/10

Mariusz Fabin
Komentarze