15.07.2020
RECENZJE
DEPECHE MODE - Live Spirits Soundtrack

THE MOTH GATHERER - Esoteric Oppression

DIVINE WEEP - The Omega Man

HEART&REST - Shall We Begin?

HANGING GARDEN - Into That Good Night

MYRATH - Live in Carthage

ONE HOUR HELL - Voidwalker

DEACON BLUE - City of Love

RICK MILLER - Belief In The Machine

ROMAN ODOJ - Fiasko

MOUNTAINEER - Bloodletting

H.E.A.T. - II

ONE LIFE ALL-IN - Letter of Forgiveness

TRAUMHAUS - In Oculis Meis

OBSIDIAN TIDE - Pillars of Creation

SUBSIGNAL - A Song For The Homeless - Live in Rüsselsheim 2019

FAIRYLAND - Osyrhianta

AL DI MEOLA – Across The Universe

KATATONIA - City Burials

DESERT NEAR THE END - Of Fire and Stars

VADER - The Darkest Age - Live '93

VADER - Solitude In Madness

TRK PROJECT - Kay & Gerda

WIEWIÓRKA NA DRZEWIE - Wiewiórka na drzewie

KAZIK - Zaraza

IN EXTREMO – Kompass zur Sonne

NEUMA - Weather

WE SELL THE DEAD - Black Sleep

ANVISION - Love & Hate

NEUMA - Vol.2

SCEPTIC - Blind Existence


Nawigacja
Artykuły » Recenzje - N » NAKED ROOT - 2020 - The Maze
NAKED ROOT - 2020 - The Maze

NAKED ROOT - The Maze


NAKED ROOT - The Maze

1. Joy Toy
2. Fair Weather Friends
3. Thorn
4. The Maze
5. Numb Affection
6. Howling Moon
7. Stardust
8. Folk Wisdom
9. I Won’t Give Up
10. You Know My Name
Bonus:
11. Cierń
12. Dolina Snów
13. Nie Poddam Się

Rok Wydania: 2020
Wydawca: Music And More Records
http://www.nakedroot.pl






Jakiś czas temu, także za sprawą bardzo enigmatycznej, a zarazem wszystko mówiącej okładki zwróciłem uwagę na album łódzkiego zespołu Naked Root. Muzyka, którą on tworzy to solidny hard rock z niesamowicie dojrzałym i charyzmatycznym żeńskim wokalem, należącym do Joli Górskiej. Co prawda debiut miał delikatne mankamenty, ale nie wpłynęły one na wysoką ocenę. Ciekawy materiał sprawił, że zespół otrzymał ode mnie kredyt zaufania – postanowiłem obserwować, co wyrośnie z tak solidnego korzenia. Po kilku latach od debiutu i zdobywaniu kolejnych ważnych doświadczeń koncertowych grupa objawiła wreszcie światu drugi album, zatytułowany „The maze”. Skład pozostał praktycznie bez zmian: Jola Górska za mikrofonem, Tomek Krawczyk na gitarze, Arek Wieczorkowski na klawiszach oraz Tomek Hubicki na gitarze basowej. Krzesełko za perkusją tym razem zajął Grzegorz Szelera, który wcześniej bębnił w Normalsach.

Zanim przejdę do muzyki, to zatrzymam się jeszcze przy okładce. Jest ona znów wielowątkowa. Oto mamy tym razem kobiecą głowę (czy to ta sama postać, która była opleciona korzeniami na debiucie?). Jej twarz zdaje się być silnie poraniona. A może jednak to tylko doniczka z żyzną ziemią, w której rozwijają się nagie korzenie…? „The maze” w części podstawowej zawiera dziesięć utworów plus trzy bonusy. O nich także opowiem, ponieważ zawierają coś, czego mi zabrakło na pierwszej płycie.

Startujemy i na otwarcie otrzymujemy singlowy „Joy toy”. Nie ma tu intra czy jakichś innych wprowadzaczy. Od kopa atakuje ciężki, mięsisty riff. W zwrotce wokal jest wspomagany przez pomysłową grę gitary basowej. W porównaniu do pierwszego krążka Jola śpiewa chyba nieco niżej, a jej głos stał się chropowaty i świetnie pasuje do rockowego grania. Na pierwszej płycie raziła mnie także nieco jej angielszczyzna. No i muszę przyznać – słychać, że nauka, którą z pewnością pobiera, nie idzie w las. Kawałek proponuje jeszcze ciekawą minisolówkę okołoprogresywnych klawiszy i różnych innych fajnych efektów. Dobre, rytmiczne rozpoczęcie tej muzycznej podróży.

Dwójka to „Fair weather friends”. Już na wstępie za sprawą świetnej pracy gitary i basu robi się ciężko, wgniatająco. Warto tu pochwalić wokalistkę, która swoim głosem operuje tak jakby na scenie stała przynajmniej dwadzieścia lat. Także produkcyjnie numer prezentuje klasę światową: realizator idealnie wyważył wszystkie instrumenty, a zmiany brzmienia wprowadzane są „w punkt”. Nic nie jest przesadzone, a wręcz dodaje to większego kolorytu.

Numer trzy na płycie to „Thorn”. Po początkowym hard rockowym riffie następuje lekkie złagodzenie klimatu. Przecudne emocjonalnemu śpiewaniu wtórują delikatne klawisze (kojarzące się z „Lunarem” Closterkellera) i czysta gra gitary. Nie ma tu jednak mowy o klimatach balladowych, nic z tych rzeczy. Niestety brakuje konkretnego rozwinięcia w postaci jakiejś ciekawej solówki, która byłaby swoistą wisienką na torcie. Zamiast tego mamy jedynie dobrą grę zespołu (ale do tego jesteśmy już przyzwyczajeni) i ciekawe dublowanie się wokalu. Może koncertowe wykonania przyczynią się do ciekawego rozwoju tej piosenki…?

Początek utworu tytułowego, „The maze” sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z jakąś rzewną i niezbyt ciekawą balladką. Ha, znów zaskoczenie. Zespół gwałtownie przyspiesza, robiąc z płaczliwego wstępu niezły riff. Później za sprawą perkusji i strzelającego riffu gitary jest jeszcze lepiej. Znów należą się brawa dla Joli za niesamowite emocje i umiejętności wokalne. Ach, to przeciąganie fraz i atakowanie „górek”. Pierwsza klasa. Warto też wsłuchać się w grę gitary pod spodem. Ależ tam fajnie się dzieje, włącznie z cytatami z muzyki klasycznej. Będzie to bez wątpienia jeden z moich ulubionych kawałków z tego krążka.

A co prezentuje wobec tego „Numb affection”? Z początku fajną rozmowę pomiędzy basem a perkusją, w której uczestniczy również wokal. Numer oczywiście jest rockowy, ale całą robotę robią kapitalne klawisze. Nie można powiedzieć, że brzmią gotycko, ale jest w nich coś niespokojnego, jak z najlepszych czasów new romantic. Refren zaś sam zmusza do skakania i gibania się. Mamy także chwilę wytchnienia, by wreszcie usłyszeć umiejętności solowe gitarzysty. Są one co prawda krótkie, ale w tym przypadku chodzi o rockowy rytm. I to się udaje.

Drugą część materiału podstawowego otwiera „Howling moon”. Ach, znów te świetne klawisze. Odrobinę wytłumiona perkusja i klimatyczna gitara. Całość uzupełnia śpiewająco-szepczący wokal. I dopiero tu możemy się przekonać, jakie kapitalne vibrato ma śpiewająca, i jakie umiejętności techniczne. Ależ ona czarno tam brzmi, a do tego jak rockowo! Znów możemy posłuchać solówki, która tym razem jest już na sto procent. Pod koniec numeru przypomina o sobie także perkusista. Kolejna bardzo dobra kompozycja, która będzie moją ulubioną.

Numer siedem to „Stardust”. Nadszedł wreszcie czas na całkowite spowolnienie klimatu. Delikatne pianinko i ona. Cóż więcej trzeba… Magia. Tym razem głos Joli lokuje się gdzieś pomiędzy Doro a Litą Ford, a więc w doborowym towarzystwie. Z czasem numer się rozwija, w tle pobrzmiewa gitara akustyczna, by przejść na moment w gitarę elektryczną Świetnie zagraną, trzeba to przyznać. Numer się powoli wycisza… Kompozycja niczego sobie, posiada ona wszystko to, czego potrzebuje klasyczna rockowa ballada.

„Folk wisdom” otwiera kapitalne dudnienie basu, a wokal, który mu dośpiewuje kojarzy się trochę z „Black velvet” Alannah Myles. Oczywiście nieco inna barwa, ale bluesowe korzenie. Także i ta kompozycja hipnotyzuje zarówno basem, jak i gitarą czy wokalem. Całość spina rytmiczna gra perkusji, która i tu ma trochę miejsca dla siebie. Fajne, nietuzinkowe blues rockowe granie, którego bardzo przyjemnie się słucha.

Ostatnią autorską kompozycją w części głównej jest „I won‘t give up”. Szybki kawałek, kojarzący się z pierwszą płytą. Ogólnie całkiem niezły, zwykłe rockowe granie bez większych fajerwerków i wydaje się, że najciekawsze już za nami.

A co pod numerem dziesięć? A cover. Na poprzedniej płycie Naked Root pochwalili się, jak (całkiem dobrze zresztą) grają Gotthard. Teraz muzycy postanowili złożyć muzyczny hołd Chrisowi Cornellowi i sięgnęli po „You know my name”, a więc czołówkę do filmu „Casino Royale”. Zazwyczaj z przymrużeniem oka słucham, jak ktoś próbuje przebrnąć przez numery bondowskie. Z jednego prostego powodu: każda z tych piosenek jest tak bardzo charakterystyczna, że z pewnością dla osoby ją śpiewającej jest to niewiarygodnie karkołomne zadanie. I w przypadku Naked Root biję pokłony: Jola Górska nie zaprzepaściła tego jedynego w swoim rodzaju klimatu, zawartego w kompozycjach z filmów o 007. Mało tego, trzymając się dzielnie oryginalnej linii melodycznej zaśpiewała po swojemu i zrobiła to perfekcyjnie.

Tak oto kończy się podstawowa wersja „The maze”. Zespół jednak przygotował coś jeszcze: trzy piosenki po polsku.

Na pierwszy rzut leci „Cierń”. Muzycznie to ten sam „Thorn”, a tekst na szczęście nie jest „przekalkowany”. Zachowano odpowiednią poetykę i okazuje się, że język polski idealnie komponuje się z muzyką. Druga kompozycja to balladowa „Dolina snów” („Stardust”). I tu mam problem polegający na tym, że obie wersje są niezwykle przejmujące i trudno wybrać tę lepszą. Mam tylko nadzieję, że zespół na koncertach nie porzuci polskich tekstów i zmiksuje je umiejętnie z angielskimi. Trzecią propozycją jest „Nie poddam się”. Tu nie mam wątpliwości, że to wersja dużo lepsza od albumowego „I won’t give up”. Ma większy ogień i wydaje się być zagrana z większym rozmachem.

Naked Root bardzo starannie przygotował materiał na drugi album. Świetnie go również nagrał: wszystko bardzo dobrze brzmi, jest hard rockowa energia, którą rewelacyjnie słychać. Odnoszę również wrażenie, że w porównaniu z debiutem jest także ciężej i bardziej rytmicznie, i przede wszystkim o wiele dojrzalej od strony wokalnej. „The maze” wymaga na pewno osłuchania, ale jest to płyta, która na pewno nie wyleci z głowy od razu, a raczej zostanie w niej na dłużej.

8/10

Mariusz Fabin
Komentarze